środa, 26 grudnia 2012

S01E06

Proszę, przeczytaj notkę pod rozdziałem ;) xx.

*dwa tygodnie później*
I'm fine.
Jest okey. Ja wróciłam do pracy, a tata wyszedł ze szpitala. Chodzi o kuli, bo skarżył się na uciążliwe kłucie w prawym kolanie. Z zespołem prawie w ogóle nie utrzymuje kontaktu. Jak już zjawiają się u nas w domu, ja jestem w pracy. Zdarzyło się to chyba już z sześć razy. Czy wyjaśniłam chłopakom moje zachowanie po spotkaniu z Thomasem? Otóż nie. Raczej nie czuję się zobowiązana do tłumaczenia się co, gdzie i z kim robię. Zostałam przeniesiona do wydziału kryminalnego. Jest tu... inaczej. Czy wspomniałam, że pozbawili mnie munduru? Ups?.. Jak nie wspomniałam, to wspominam

5 września.


          Wysiadłam z samochodu i rozejrzałam się. Drzewa. Dużo drzew. Las. Magazyny starej fabryki. Tuż przy jednym z magazynów stały dwie czarne furgonetki, a w pobliżu krzątali się ludzie. Zamknęłam samochód i ruszyłam w tamtą stronę, ciągle się rozglądając. 
Przeszłam pod biało-granatową taśmą z napisem "POLICE" i podeszłam do Mike'a.
Mike Garred jest w wydziale razem ze mną. Ma dwadzieścia lat. Mierzy około metr osiemdziesiąt pięć, czyli wychodzi na to, że jest wyższy ode mnie, o dobre, dwadzieścia centymetrów. Ma ciemne blond włosy, niebieskie, a raczej granatowe oczy, piegowaty, delikatnie zadarty nosek i usta w kolorze malin.  Dziś ubrany był w ciemne rurki, białą koszulkę z jakimś nadrukiem, czarną ramoneskę ze srebrnymi nitami i białe nike.
-Hej, Mike - przywitałam się. Blondyn wstał z kucek, odwrócił się ku mnie i posłał mi ciepły uśmiech. - Co my tu mamy?
-Pobicie, liczne złamania. Tyle, jak na razie mogę ci powiedzieć. Więcej dowiemy się po ekspertyzie, jak już będę miał wyniki badani, przekaże ci je - wyrecytował jednym tchem.
Czwórka mężczyzn wzięła ciało blondynki i bardzo delikatnie, i z uwagą włożyli je do jednej z czarnych furgonetek, wcześniej pakując je do czarnego worka. Ja i Mike poszliśmy się rozejrzeć. 
Porozglądaliśmy się, pochodziliśmy w pobliżu, ale nic nie znaleźliśmy.  Kiedy stwierdziliśmy, że siedzenie tu jest bez sensu, rozeszliśmy się. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w kierunku centrum. Super. Po prostu świetnie. Jest godzina piętnasta, o czym dowiedziałam się z radia, które włączyłam, by umiliło mi drogę do domu. Tak jak się spodziewałam korki w mieście ciągnęły się nie miłosiernie. Po drodze do domu zahaczyłam jeszcze o restaurację, w której kupiłam jedzenie na wynos. Chińskie jedzenie, jak dla mnie i dla taty było w sam raz. Po przejechaniu całego centrum w końcu wjechałam na odpowiednią ulicę i już po chwili zaparkowałam na podjeździe. 

          Następnego dnia obudziłam się nie wyspana. Bolący kark dawał nieźle popalić. Obolała wykonałam poranną toaletę, pomalowałam się i ubrałam. Kiedy byłam jeszcze w łazience posmarowałam kark maścią łagodzącą ból. Zeszłam na dół do kuchni, nastawiłam wodę na kawę. Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Siódma pięć. Tata pewnie jeszcze śpi. Zjadłam śniadanie, zgarnęłam torebkę z krzesła i wyszłam z domu. Wsiadłam w samochód i ostrożnie ruszyłam drogą do pracy. 

          Weszłam do budynku w towarzystwie Meg, którą spotkałam na parkingu. Wylegitymowałam się i ruszyłam do swojego biura.
          Około czternastej Mike przyszedł do mnie i poinformował, że dzwonił do prawdopodobnej matki dziewczyny, którą wczoraj znaleźli, prosząc by przyjechała i zidentyfikowała zwłoki. Z opowieści wynikało, że kobieta przyjedzie około szesnastej.
          Przez czas oczekiwania na kobietę zagłębiłam się w ekspertyzie badań. Blondynka została uderzona w głowę tępym narzędziem, nie był to jednak cios śmiertelny. Została uduszona. Do tego dochodziły jeszcze złamane, a wręcz pokruszone  żebra. Czy mam pomysł na motyw? Oh, żadnego..
          W pokoju rozległo się ciche pukanie do drzwi. Po powiedzeniu przeze mnie 'proszę', drzwi otworzyły się i stanęła w nich blond włosa kobieta. Miała na sobie czarny płaszcz, który był rozpięty, przez co mogłam dokładniej obejrzeć jej strój. Miętowa bluzka, czarne spodnie i brzoskwiniowa chustka, która zdobiła szyję. Wyglądała na jakieś... czterdzieści pięć lat, ale nie mnie to interesuje.

-Ja... Um.. Nazywam się Margaret Edwards i m-moja córka... Dzwonili do mnie.. - jąkała się, a w jej oczach stanęły łzy. Bez słowa podeszłam do niej i przytuliłam, pozwalając wypłakać się w moje ramię. Podprowadziłam kobietę na kanapę, a gdy już usiadłyśmy zaczęłam lekko nią kołysać, jakby w jakiś sposób miało to działać uspokajająco. Blondynka uspokoiła się po kilku, może kilkunastu minutach, wstałyśmy z miejsca i wyszłyśmy na korytarz.
Po kilku minutach, nasze myśli potwierdziły się. Kobieta, widząc zwłoki własnej córki, wybuchnęła spazmatycznym płaczem. Przez chwilę stała z twarzą ukrytą w dłoniach, ale już po chwili osunęła się po ścianie i siedziała tak, cicho łkając.
          Nie mogąc patrzeć na zrozpaczoną blondynkę, wzięłam teczkę z aktami "pod pachę', pomogłam wstać kobiecie i dowiedziawszy się w jakim hotelu się zatrzymała, odwiozłam ją tam. Prowadząc osłabioną płaczem kobietę, dotarłyśmy do pokoju hotelowego na czwartym piętrze. W czasie gdy Margaret wierciła się, trochę nie spokojnie na łóżku, ja usiadłam w dużym fotelu, czekając, aż kobieta spokojnie zapadnie w sen.
           Upewniając się, że pani Edwards śpi wyszłam z pokoju, zostawiając jej karteczkę na stoliku nocnym. No, bo przecież nie będę męczyć kobiety, która dopiero co dowiedziała się o śmierci córki. To by było na prawdę samolubne i egoistyczne. Kiedy wychodziłam z hotelu przed oczami mignęła mi znajoma blond czupryna, ale przecież mogłam się mylić, prawda? Wsiadłam do samochodu i ruszyłam drogą prowadzącą do domu. Zahaczyłam jeszcze o kawiarnie, kupując w niej dużą kawę z mlekiem na wynos.
 Będąc już pod domem wyciągnęłam ze schowka teczkę, przewiesiłam torebkę przez ramię i kręcąc kluczykami na palcu wskazującym opuściłam samochód, uprzednio zamykając go pilocikiem. Tupiąc obcasami, weszłam do domu.
-Tato? Już jestem!- krzyknęłam wchodząc do kuchni. Tata pewnie znów siedzi w swoim gabinecie i sprawdza wszystkie miejsca, w których mają odbyć się koncerty One Direction. Usiadłam przy wyspie kuchennej, rzucając na blat przed siebie torebkę, teczkę i kluczyki, które prześlizgnęły się dalej niż chciałam i spadły na podłogę po drugiej stronie wysepki. Zaklęłam pod nosem. Z ciężkim westchnieniem dźwignęłam się ze stołka i podniosłam kluczyki z rozmaitymi  breloczkami, odwieszając je na haczyk.
Znudzona poszłam do salonu i jakże byłam zaskoczona widząc jak cały zespół, łącznie z moim tatą, zalega na kanapach, oglądając telewizję.
-O! Hej Rosemary! - pierwszy zauważył mnie Niall, zajadający się żelkami. Chwila, chwila.. MOIMI żelkami.
-Siemka Rose - reszta zespołu przywitała mnie chórkiem.
-Yyy.. Hej i czy wy... Ćwiczyliście to? - zagadnęłam zdziwiona.
-Nieee - i znów ten chórek.
-Nie, w ogóle - stwierdziłam, jakby sama do siebie.
-Widziałem cie dzisiaj pod Baglioni Hotel - zauważył Horan. Wiedziałam, że to on!
-Myhm.. I co zamierzasz zrobić z tym fantem? - zapytałam, lekceważąco przewracając oczami.
-Umm.. W sumie to nic - posłał mi ciepły uśmiech i wrócił do oglądanie jakiegoś filmu. Stwierdzając, że nic tu po mnie, poszła na górę. Przebrałam się w legginsy i jakąś wyciągniętą koszulkę,a włosy spięłam w koczka. Z laptopem usiadłam na łóżku, opierając się o poduszki. Włączyłam i ułożyłam sprzęt na swoich udach. Zalogowałam się na Skype i widząc zieloną kropeczkę przy zdjęciu przyjaciółki, kliknęłam 'nawiąż połączenie'.
Gadałyśmy z Annie chyba już godzinę, a w tym czasie umówiłyśmy się na weekend, na 'babski wieczór'. Zawsze, kiedy miałyśmy więcej wolnego czasu, przychodziłyśmy do siebie, urządzając małe "Piżama-Party". Maseczki, komedie romantyczne z pudełkiem lodów, robienie idiotycznych zdjęć etc.. Zakończyłam video rozmowę, bo głód dawał o sobie znać. W sumie to się nie dziwię. Rano zjadłam tylko musli z jogurtem, a tak, to nic poza tym. Zjechałam po poręczy, przemierzyłam hol, weszłam do kuchni i zobaczyłam Zayna siedzącego w kącie, na podłodze. Obok niego siedział Liam i szeptał mu coś. Niall nerwowo ścierał z blatu jakiś sos i.. coś jeszcze, a  Harry po prostu siedział nie odzywając się lecz, co jakiś czas spoglądając na skulonego w kącie Malika. Nigdzie nie widziałam Lou. Niall zauważając moją obecność, podszedł do mnie i spuścił głowę w dół, unikając wzroku.
-Rosemary ja  przepraszam, bo ja nie chciałem.. Po prostu mi się talerz wyślizgnął i o! Ale ja na prawdę nie chciałem! Przysięgam! Przepraszam..- zaczął mówić, a właściwie to bełkotać.
-Niall, co się tu stało i za co ty mnie, do cholery, przepraszasz!? - chwytając go za podbródek zmusiłam, by spojrzał mi w oczy.
-Bo ja byłem głodny i przyszedłem do kuchni - zaczął swój monolog. - I Paul powiedział, że w lodówce jest wczorajsza chińszczyzna i, że mogę ją sobie zjeść. No, i ja ją podgrzałem w mikrofali, i jak już szedłem do pokoju ro się zahaczyłem swetrem  o róg blatu- tu pokazał dziurę wielkości zaciśniętej piąstki, po jednej stronie odpinanego, szarego sweterka. - No i jak się zahaczyłem, to mi się talerz wyślizgnął i wszystko spadło na twoją teczkę, tą szarą, co tu leżała - wskazał miejsce palcem. - Czy w tej teczce było coś ważnego?
-Cholernie...-szepnęłam, siadając osłupiała na stołku. - Gdzie jest teraz zawartość teczki?
-Tą część bardziej ubrudzoną Louis suszy w łazience, a reszta..- chciał dokończyć, ale przerwał mu Zayn, który zerwał się na równe nogi. Dopiero teraz mogłam ujrzeć jego twarz. Spuchnięte, zaróżowione policzki, mokre od łez, tylko dlaczego?
-O tej zawartości mówisz!? - krzyknął Mulat, rzucając przede mnie zdjęcia... Zdjęcia martwej Perrie Edwards. - Co to do cholery jest!? Kolejny, kiepski fotomontaż!? - krzyknął ponownie, podchodząc bliżej do blatu.
-Możesz przestać na mnie krzyczeć? - zapytałam spokojnie. - Te zdjęcia są prawdziwe, Zayn. Tą dziewczynę znaleźli wczoraj rano. Została zamordowana jakieś trzy dni temu - dokończyłam, mimo widoku blednącego rozmówcy.
-Słucham!? - wydarł się Malik, po czym padł na kolana, chowając twarz w dłoniach. Zupełnie nie przejmując się jego reakcją, zwróciłam się do pozostałej trójki.
-Znał ją? - zapytałam zdziwiona, a zarazem zbita z tropu.
-Jest, znaczy była - poprawił się Harry. - Była jego dziewczyną.
W pewnym momencie do kuchni wpadł Lou.
-A co tu taka atmosfera, jakby ktoś umarł? - zaśmiał się donośnie, ale uciszył się, gdy Payne zgromił go wzrokiem.
-Pezz nie żyje, Louis - oświecił go Liam, a ten momentalnie pobladł.

___________________________________________________________
Tak bardzo was przepraszam, że musiałyście czekać tak długo!
Jakoś nie mogłam się zebrać, by coś napisać. Poza tym gdy miałam już prawie napisany rozdział, stwierdziłam, że jest do dupy i usunęłam cały. A tak w ogóle to zaczęłam pisać nowe opowiadanie, jednak na razie nie będę go publikować. Chciałabym napisać przynajmniej siedem - osiem odcinków, a dopiero później je upubliczniać. Nie chce, aby taka sytuacja powtórzyła się. Chodzi mi o to, że chciałabym dodawać odcinki, bądź rozdziały, kwesta gustu, systematycznie. Np. co tydzień, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi. Podoba wam się nowy wygląd bloga? Mam nadzieję, że tak.
A no właśnie! Dwa dni temu nasz Tommo miał urodzinki! Jeju! Nie mogę uwierzyć, że to już dwudzieste pierwsze! Brakuje mi tych jego pasków, kolorowych, podwiniętych spodni, szelek i w ogóle!


Wracając do rozdziału. Nie mam nic do Perrie, jeśli o to chodzi. Po prostu musiałam ją uśmiercić.

No.. także ten.. Jak wam mijają święta? Dostałyście coś może od Mikołaja? Ok.. już kończę!
Merry Christmas (to chyba nic, że spóźnione.. liczy się, niee?), and Happy New Year, Sweety!

niedziela, 21 października 2012

S01E05


Minęły dwa dni od mojego spotkania z Thomasem.. Jak obiecał - dał mi spokój.
Myhm... Zajebiście.. Zayn, zarówno jak i ja jesteśmy chorzy.. Tak to jest jak sie siedzi na deszczu. Jak na razie jest okey. Kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną, i popcorn - to standard. Nie licząc setek obsmarkanych chusteczek higienicznych i ciągłego kaszlu świetnie spędzamy czas. Jako, że siedzimy przed telewizorem, w moim tymczasowym pokoju, pod jednym, puchatym kocykiem - obżeramy się popcornem i oglądamy "Inna" na MTV. Może to dziwne, ale to Zayn wybierał film! Jego wiedza o tym filmie jest tak wielka, że aż straszna!
-Wybierz Jake'a!-wydarł się mulat zachrypniętym głosem
-Tak, tak.. Powydzieraj sie jeszcze trochę, to już zupełnie stracisz ten swój głosik - skarciłam go - Poza tym, ona i tak wybierze Matty'ego. Pfff.! Nawet ja to wiem!
-Oj, tam! Nie znasz sie! - odstawił herbatę na stolik, zgarnął poduszkę po czym walnął mnie nią.
-Aaa..! To tak sie bawimy? Okeyy..-i tak zaczęła się nasza "walka" na poduchy.
W zasadzie to walką tego nawet nazwać nie można, bo nasze ciała były tak obolałe, że sie nawet porządnie ruszyć nie dało, a podnoszenie się z kanapy powinni mianować nową dyscypliną olimpijską. Nagle mój towarzysz wpadł na pomysł zrobienia twitcam. Jestem teraz niezmiernie wdzięczna Liam'owi, że zadbał o wszystko i rzeczy "niezbędne" nam do przeżycia, zniósł do mojego tymczasowego pokoju. Od razu po dodaniu linka mieliśmy już 85 tysięcy oglądających.. Po włączeniu kamerki od razu zostaliśmy zasypani pytaniami "Dlaczego tak marnie wyglądamy", "Czy jesteśmy parą" No way. I jeszcze różniejsze.. i dziwniejsze.. Po jakichś dwóch godzinach skończyliśmy twitcam, a mój telefon zaczął dzwonić.
-Gdzie. ty. do. cholery. jesteś.!? -syknęła Ann, aż odsunęłam telefon od ucha
-Ummm..
-Wiesz... Czasmi mam ochotę cię objąć...Za szyję... - wymruczała
-Awww..-pisnęłam
-..drutem kolczastym - dokończyła
-Emm.. Już nie takie awww..*le adres* Czekamy na ciebie - spojrzałam na Zayna - a w zasadzie to czekam.
-Co? Dobra do zobaczenia.
-Nom. Pa.

 Nie budząc Malika, opatulona kocem zeszłam na dół i zrobiłam sobie coś do jedzenia. Sparzyłam herbatę i dolałam do niej trochę soku malinowego. Usiadłam przed telewizorem i czekałam na Annie. Po około piętnastu minutach rozbrzmiało się pukanie do drzwi. Zawinęłam sie w kocyk i poszłam otworzyć. W drzwiach stanęła Annie i od razy mnie przytuliła.
-ehrr.. Bo mnie udusisz!- pożaliłam się, gdy przyjaciółka poluźniła uścisk.
-Oj weź sie zamknij.! Jak ty wyglądasz w ogóle!? Przecież ty masz gorączkę! - jakbym o tym nie wiedziała.
Puściłam wszystkie uwagi mimo uszu i pociągnęłam przyjaciółkę do salonu. Rozsiadłyśmy się na kanapie - jak kiedyś - opatuliłyśmy się kocem i gadałyśmy. Streściłam jej wszystko, co do tej pory się wydarzyło. Nie dziwię się, że w cale nie chciała uwierzyć, że znajduje się w domu One Direction, ale jak poszła do mojego pokoju i zobaczyła tam słodko śpiącego Malika - uwierzyła. No cud! Gadałyśmy, gadałyśmy i gadałyśmy.Opowiedziałam Annie o spotkaniu z Thomasem. Była w szoku.
-No ty se chyba jaja robisz!? Od tak powiedział "Wróć do mnie"? No ja zaraz nie wyrobie!-oburzyła sie
-Elo, kotku! Zero bulwersu. Sytuacja opanowana, a ja nie zamierzam do niego wracać! - uspokoiłam ją.
-Ale to jest chore!
-Wiem..-szepnęłam.
Otuliłam się szczelniej kocem, chwyciłam w dłonie kubek i upiłam kilka łyków herbaty malinowej.


I feel so much better
Now that you're gone forever
I tell myself that I don't miss you at all
I'm not lying, denying that I feel so much better now
That you're gone forever


-Tak w ogóle to co w jednostce? - zagadałam.
-Umm.. Wywalili Andrew.. Był zamieszany w narkotyki.. Czy coś tam.. To podobno jakaś większa sprawa.. Teraz przeszukują wszystkich rekrutów, bo kilku chyba od niego kupiło dragi.. A no! Podobno mają nas przenosić!
-Kogo przenosić? - wtrącił nieogarnięty Malik wchodząc do salonu
-Do innego wydziału.. W pracy..- Annie widocznie się zmieszała.
-Tak w ogóle to Zayn jestem - uśmiechnął się i podał jej rękę
-Annie.
-No ej! To moje! - oburzyłam się, kiedy mulat zabrał mi kubek i zaczął sączyć MOJĄ herbatę rozsiadając się w fotelu, tuż obok kanapy.
-Pfff..
-Co ty na mnie pffasz!? Na mnie sie nie pffa!
-Wiesz Mary.. Czasami mi się wydaje, że to ty jesteś młodsza.. Ciekawe dlaczego, nie?-wtrąciła Ann
-No dokładnie - dopowiedziałam i wróciłam do oglądania meczu. Po kilku minutach moje powieki robiły się coraz cięższe, a ja coraz bardziej senna. Odpłynęłam.

wtorek, 2 października 2012

S01E04

Minęły już trzy dni, a ja nadal mieszkam u chłopaków. Codziennie przesiadywałam u taty w szpitalu, ale chłopcy trochę rzadziej. Co jest raczej oczywiste, bo od rana do ok. 13 siedzą w szpitalu, a później jadą do studia i wracają ok.18. Pracują nad nową płytą, czy coś takiego. Nie mam im tego za złe, w żadnym wypadku. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Wracając. Mój były chłopak, Thomas, chce się ze mną spotkać. Nie mam pojęcia w jakim celu, Ale coś musi być na rzeczy. Nie napisał SMS-a, ani nie zadzwonił, tylko wysłał mi list z prośbą o spotkanie. Rozważam przyjęcie tej propozycji, ale jest to dość podejrzane. Jest godzina 17:36, a ja siedzie w kuchni, robię obiad - uwielbiam gotować - i czekam na chłopaków.
Właśnie zaczęłam kroić cebulę, gdy nagle usłyszałam huk dobiegający z korytarza. Z nożem w rece cicho podeszłam do wyjścia z kuchni i niczym zawodowy ninja wyskoczyłam na hol równocześnie zapalając światło. Jak mi ulżyło gdy zobaczyłam przede mną zespół. Liam stał w otwartych drzwiach, a reszta leżała na podłodze. Jeden na drugim. Na samum dole Harry, później Zayn, Louis i Niall.
-O Boże ty krwawisz! I po co ci ten nóż!? - wydarł sie Li i jak zawodowiec przeskoczył przez pozostałą czwórkę podchodząc do mnie. Teraz rzeczywiście zauważyłam, że na mojej lewej dłoni jest mnóstwo krwi.
-Weź daj spokój. Zacięłam sie tylko nożem, a ty takie wielkie halo robisz. - wytłumaczyłam się. Liam zabrał mi nóż i zaprowadził z powrotem do kuchni. Zdezynfekował ranę i zakleił ją fioletowym plasterkiem w marchweki. Rozejrzał się po kuchni.
-Co gotujesz? - zapytał
-Fuck! - krzyknęłam i podbiegłam do kuchenki, gdzie na patelni właśnie przypalała mi się ryba.
-Czy ja usłyszałem 'gotujesz'? -do kuchni wpadł Niall. O jak szybko odzyskał energie.
-Myhm. - mruknęłam. Ogarnęłam sytuację i wróciłam do krojenia cebuli.
Tak się wciągnęłam, że nie zauważyłam jak cała piątka mi się przygląda.
-No co?
-Wiesz, że nawet Harry, nie potrafi tak kroić? - zapytał Lou
-Nie wiedziałam, ale już wiem. To tylko krojenie cebuli. - powiedziawszy to wróciłam do przekładania ryby w panierce. - Lubicie grejpfruty?
-Nooom! - każdy
-A.. no to spoko.
Po dziesięciu minutach nakładałam każdemu po kawałku karpia.
Zespół cały czas bacznie mi się przyglądał. Trochę to irytujące.
-Tak właściwie to co to jest? - zagadnął Zayn, przyglądając się swojemu jedzeniu.
-Karp w panierce z piwa z czarnym sezamem w sosie grejpfrutowym
-Po cho chi wedziech, cho to est, chak cho est wychmenite - walnął z pełną buzią Niall
-Cieszę, sie że ci smakuje, Niall, ale podejrzewam, że i tak zjadłbyś wszystko. - palnęłam z uśmiechem przygryzając pomidora.
-Nie no, na serio to jest bardzo dobre - stwierdził Liam.
-Dzięki.
-Gotujesz lepiej od Hazzy! - jebnął Lou
-No ej! Louis! Od dzisiaj śpisz SAM! - warknął Styles, na co parsknęłam śmiechem
-Hahahahahahaha, nie.- odpowiedział mu Lou
Po obiedzie pomogłam chłopakom posprzątać, a teraz oglądamy telewizje. Akurat leci maraton "Dr. Hause". Obejrzeliśmy chyba z dwanaście odcinków. Oglądanie przerwał nam mój telefon i rozbrzmiewające coraz głośniej Smells Like Teen Spirit. Spojrzałam na wyświetlacz i ujrzałam znienawidzone przeze mnie imię. Call "Thom ;/".. Westchnęłam i odebrałam.

-Ja wciąż czekam. Proszę.. Tylko jedno spotkanie. -Thomas nawet nie dał mi dojść do słowa
-Nie odpuścisz, nie? Boże.. Co ja gadam? Wiadome jest to, że nie odpuścisz.
-Proszę, Rosie..
-Nie mów tak na mnie. Nigdy więcej.-warknęłam - Ehh.. Ok. Gdzie i kiedy?
-Może być nawet zaraz. W parku?
-Taaa - mruknęłam - będę za piętnaście minut.
-Do zobaczenia przy naszej ławce.

-Wracam za godzinkę...-oznajmiłam-..chyba.
Chłopcy tylko pokiwali głowami i wrócili do oglądania. Ja narzuciłam na siebie kurtkę, wzięłam torebkę i wyszłam. Po ok. dziesięciu minutach byłam już na skraju parku przy wzgórzu. Przysiadłam na drewnianej, starej ławce, na której deskach było serduszko a w nim inicjały "R+T". Przetarłam dłonią po wyrytym obrazku i prychnęłam. Obróciłam głowę i dostrzegłam postać zbliżającą się w moja stronę. Robiło się coraz ciemniej, ale rozpoznałam ów postać. Jak? Po chodzie. Thomas, od kiedy pamiętam, delikatnie utyka na lewą nogę. Podszedł i przywitał mnie z ogromnym uśmiechem. Przysiadł obok mnie.
-Więc..? O co chodzi? - zaczęłam nie patrząc na niego
-Wróć do mnie..-powiedział prawie niesłyszalnie i złapał moją dłoń
-Słucham? - prawie krzyknęłam
-Wróć do mnie.. Proszę!- powiedział trochę głośniej
-Słyszałam co powiedziałeś! - warknęłam - Jesteś śmieszny,Thomas! Minęło ponad pół roku od naszego zerwania. Minęło ponad pół roku od twojej zdrady. Minęło jebane ponad pół roku i zdążyłam się pozbierać! Myślisz, że łatwo mi było nie płakać całe noce i dnie? Przez bite dwa tygodnie prawie nie wychodziłam z pokoju! Nie jadłam, mój telefon był cały czas wyłączony. Nie chodziłam do pracy. Nie odzywałam się do nikogo, tylko zastanawiałam się czego mi brakuje, że wybrałeś inną! -wylałam s siebie potok słów - Myślisz, że po tym wszystkim od tak do ciebie wrócę? - po raz kolejny prychnęłam, a łzy cisnęły mi się na policzki.
-Rose! Kocham cie! Nie rozumiesz tego? To, że cie zdradziłem było największym błędem mego życia! Tak! Byłem idiota, bo spieprzyłem wszystko! Wszystko, co razem zbudowaliśmy..- moje policzki już dawno były mokre - Dosłownie wszystko.. - wyszeptał i ukrył twarz w dłoniach.
-Thomas.. Jeśli pokochałeś osobę, będąc w związku z inną i masz wybierać..-podniósł na mnie wzrok - oczywiste jest to, że musisz wybrać ta drugą, bo gdybyś naprawdę kochał tą pierwszą, nie zakochał byś się w innej.-powiedziawszy to wstałam z ławki i szybkim krokiem pokierowałam się w nie znanym mi kierunku.
Po półgodzinnym marszu zwolniłam krok. Szłam dalej, ale powoli. Po, chyba, godzinie zorientowałam się, ze nie wiem, gdzie jestem. Zajebiście. W tej części Londynu raczej nigdy nie byłam. Przysiadłam na krawężniku i siedziałam jakieś dziesięć minut, próbując przypomnieć sobie jak szłam. Stwierdziłam, że to nie ma najmniejszego sensu. W pewnej chwili zaczął padać deszcz. Czy dziwne jest to, ze nawet nie ruszyłam się z miejsca? Siedziałam tak godzinę.. Może dwie.. Sama już nie wiem.. Wiem, że płakałam jak idiotka. Dlaczego? Dlatego, że wszystko powróciło. Wszystkie chwile spędzone razem, wszystkie smutki i radości. Emocje, wspomnienia.. Deszcz nie przestawał padać,a nawet zaczęło grzmieć. W chwili słabości wyciągnęłam telefon i wybrałam pierwszy lepszy kontakt. Trafiło na Zayn'a. Po trzech sygnałach odebrał.
-Halo?
-Mógłbyś po mnie przyjechać? - wychlipałam
-Rose? Boże! Co ci jest? Gdzie ty jesteś? - dopytywał
-Nie wiem gdzie jestem. Szłam przed siebie, a później odkryłam, ze sie zgubiłam. - odpowiedziałam drżącym głosem
-Dobra, to inaczej. Rozejrzyj się i powiedz mi co widzisz.-Rozejrzałam się wokół.
-Emm.. Jakiś duży pomnik, małą rzeczkę i mostek.
-Ok. Wiem gdzie to jest. Nigdzie sie nie ruszaj, ja będę za jakieś 5-10 minut.
Po kilku minutach dostrzegłam światła zbliżającego się samochodu. Auto zatrzymało się i wysiadł z niego Zayn. Z prędkością światła zbliżył się do mnie, założył na ramiona swoją bluzę i pomógł wstać.
-Mogę się do ciebie przytulić? - zapytałam nieśmiało, łamiącym się głosem. Mulat nic nie odpowiedział tylko mocno mnie przytulił. Zatopiłam twarz w zagłębieniu jego szyi i zaciągnęłam się jego zapachem... Pachniał ślicznie.. Męsko, a za razem bardzo delikatnie.. Trochę wanilią, którą uwielbiam.. Niemy uśmiech wkradł się na moje usta. Zaśmiałam się w myślach z własnej głupoty. Oderwaliśmy się od siebie i Malik zaprowadził mnie do samochodu pod rękę. Otworzył mi drzwi, a gdy wsiadłam zamknął je i w mgnieniu oka znalazł się obok mnie w samochodzie. Siedziałam i rozmyślałam. Przy okazji ociekając wodą.
Po drodze Zayn o nic nie pytał, ale przez całą drogę kichał i pociągał nosem. Czy to możliwe, żeby tak szybko się przeziębić? Czułam się winna, że go tu ściągnęłam w taką ulewę. Cóż.. jest mi bardzo miło, że podarował mi swoją bluzę, choć sam miał pod spodem tylko koszulkę. Jechaliśmy w ciszy, która krzyżowała się z cichą muzyką lecącą z radia. Oparłam się czołem o szybę.

Another day is gone 
Washed away with sorrows that you dwelled upon 
And as the moon is rising, you think to yourself 
I could be gone, if I go now.*
Wjechaliśmy na podjazd. Niezgrabnie wysiadłam z samochodu i poczekałam na Zayn'a. Z zimna naciągnęłam rękawy bluzy mulata na dłonie. Pod ramie, które zaproponował chłopak, ruszyliśmy do środka. Nie specjalnie zwróciłam uwagę na dziwne miny reszty zespołu. Zayn zaprowadził mnie do pokoju.
-Dziękuje, Zayn - wyszeptałam
-Nie ma za co. - uśmiechną się - Chłopaki o niczym nie wiedzą. Jak będziesz chciała to sama nam powiesz.-puścił mi oczko i wyszedł.
Ja natomiast poszłam się tylko wykąpać i czyściutka wróciłam do pokoju. Przebrałam się w piżamę i ułożyłam w łóżku.. Po chwili zasnęłam.

*Niall*
Okeyy.. To było dziwne.. Po pierwsze: Zayn wybiega z domu "tak jak stał", zupełnie nie przejmując się swoim ubiorem. To meega dziwne. Miał na sobie szare dresy, czarną koszulkę z Guns'ów, bejsbolówkę i nerdy. Jego włosy wyglądały, jakby chwilę przed przeszedł przez nie huragan. Po drugie i więcej niż meega dziwne: Jakieś pół godziny później wraca z Rose, która wyglądała... nie ona w ogóle nie wyglądała. Nie mówie, że jest brzydka czy coś! Co to, to nie, bo co jak co to śliczna to ona jest. Ale czarne smugi na policzkach - podejrzewam rozmazany tusz, jej ubrania - całe przemoczone, a do tego jej oczy. Pomimo że miała spuszczony wzrok były podpuchnięte. Płakała? Może.. Jak będzie chciała to sama nam powie, prawda?

*Rachel Diggs - Hands of time

sobota, 22 września 2012

S01E03

Półtorej godziny snu, to zdecydowanie za mało. Zgramoliłam się z łóżka i podeszłam do okna. Pogoda nie była jakaś piękna, więc wyciągnęłam z szafy ubrania i poszłam do łazienki. Po piętnastu minutach wyszłam przebrana i pomalowana. Zeszłam na dół, sparzyłam sobie kawę i zrobiłam płatki z mlekiem <tak wiem, bardzo odżywcze śniadanie>. Równo o 6:30 wyszłam z domu, uprzdnio zamykając go. Wsiadłam do samochodu i odjechałam. Mogłabym jakoś załatwić urlop telefonicznie, ale wolałabym osobiście. Podjechałam pod bramę, pokazałam przepustkę i zaparkowałam na parkingu dla pracowników. [...]
Tak! Wszystko załatwione! Co prawda po dwóch godzinach zapewniania, że jest ok i sie "trzymam", mam tydzień wolnego i obiecałam sobnie, że ten tydzień spędzę z tatą. Mój przełożony jest na tyle miły, że chciał mi dać dwa tygodnie, ale stanowczo odmówiłam. Poza tym, co ja bym robiła przez te dwa tygodnie sama w domu? Tak przynajmniej będę miała jakieś zajęcie. Po ok 30 minutach byłam w szpitalu. Poprawiłam zerówki, które miałam na nosie i ruszyłam na III piętro. Przeszłam przez drzwi, założyłam ten dziwny fartuch i już chciałam wejść do sali, gdy przez szybę zobaczyłam puste, zaścielone łóżko. W sali było pusto. Przecież on nie mógł...! Pobiegłam do lekarskiego, zapukałam i od razu weszłam.
-Dzień dobry. Czy mogłabym się dowiedzieć gdzie jest mój tata? - zwróciłam się do lekarza, z którym rozmawiałam wczoraj.
-Ahh.. To pani. Higgins, tak? - skinęłam głową, a on spojrzał w jakieś karty - Umm.. Sala 219 na II piętrze.
-Uff.. Dziękuje! - i tyle mnie widzieli.
Zbiegając po schodach omijałam co drugi schodek, aż w końcu dotarłam do drzwi. Przebiegłam przez główny hol, taranując przy tym pielęgniarki i pozostałych ludzi. W końcu dotarłam do sali 219 i wpadłam tam jak burza. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam uśmiechniętego tatę, leżącego na łóżku. Podbiegłam do niego.
-Boże! Tato, nawet nie wiesz jak się martwiłam! - wyszlochałam w zagłębienie w jego szyi.
-Hej.. Słoneczko! Nie płacz już.. Wszystko jest ok, tak? - Odsunął mnie od siebie na odległość ramion, ciągle trzymając na nich dłonie. Kiwnęłam głową i znów się przytuliłam.
-Emmm.. tato.. Od teraz palisz mniej. - powiedziałam stanowczym głosem
-Nienawidzę, gdy mówisz takim tonem - uśmiechnął się lekko - Oj, Rosie.. - westchnął.
Pogadaliśmy trochę, pośmialiśmy się i w mirę możliwości wygłupialiśmy..
-Zupełnie jak kiedyś - wypalił tata. Chyba raczej nie jak kiedyś. Nie ma mamy..
-Tak... Jak kiedyś... - powiedziałam cicho i wgapiłam się w widok za oknem.
-Rosie.. Mi też było trudno.. I nadal jest..  Tak bardzo chciałbym, żeby ty była. Chciałbym, żeby widziała jak się uśmiechasz, jak się złościsz, jak sie zmieniasz, jakie sukcesy odnosisz.. Sama wiesz.. - westchnął.
-Wiem tato. - uśmiechnęłam się lekko.
Włączyliśmy TV i tata przejął pilot.. Hahaha włączył sobie "Licealne ciąże"! Wiem, wiem. Ułożyłam się obok taty na łóżku i wtuliłam w jego pierś. Nadal oglądaliśmy "Licealne ciąże", gdy tu nagle drzwi otwierają się z przysłowiowego kopa i ktoś wchodzi. Nawet nie chciało mi się oderwać wzroku od telewizora.
-Paul, kochanie!! Przybyliśmy! Twój świat stał się lepszym! - Wydarł się ktoś.
-Taaa. Nie wątpie. - mruknął tata, co skomentowałam cichym chichotem.
-O! A cóż to za piękna dziewoja, która spoczywa obok Ciebie - zaraz, zaraz... Ja znam ten głos.
-Aaa.. No to moja córka.. Rose. - obróciłam głowę i zamarłam.
-Louis? - zdziwiłam się
-Rosemary? No cześć! - zdziwienie przeobraziło się w ogromny uśmiech. Pomachał mi energicznie. Odmachałam.

-Boże! Co wy oglądacie!? Weźcie to przełączcie!! - wykrzyknął Zayn.
Specjalnie na jego życzenie przełączyłam na MMA. Uwielbiam to, co było wielkim zdziwieniem dla... jaki już zdążyłam się dowiedzieć One Direction. Niby tacy sławni na cały świat, to czemu nigdy o nich nie słyszałam?

Cóż.. Z chłopakami nie da się nudzić. Zaliczyłam glebę z łóżka, ścigałam się z Horanem na wózkach, z co dostaliśmy opieprz od pielęgniarek, ale to szczegół. Poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że jeśli stan taty będzie się taki jak teraz to wyjdzie pod koniec tygodnia. Właśnie gadaliśmy sobie, ale przerwał nam mój telefon. Przeprosiłam i odebrałam
*rozmowa*
-Hej, Mary! Tu Eric. Mam sprawę.
-Umm.. Mów dalej..
-Bo jak ty teraz masz ten urlop i wiem, że nie powinienem ci przeszkadzać, ale musisz mi pomóc! Prosze!
-No ale o co chodzi!
-No bo ja przejąłem Twoje stanowisko na te pare dni i te papiery, i sie nie mogę w nich połapać.. Mogłabyś do mnie wpaść? - spojrzałam na tatę. Nie chciałam jechać, ale od czego są przyjaciele?
-Taa.. Będę za jakieś pół godziny. Do zobaczenia.
-Jesteś wielka! Paaa!
*koniec rozmowy*
-Tatuuuś..- posłałam mu przepraszający uśmiech i delikatnie przygryzłam dolną wargę
-Jedź, jedź... Tylko powiedz gdzie..-poruszał brwiami. Zmroziłam go wzrokiem.
-Do Erica. Pomogę mu ogarnąć papiery i wpadnę wieczorem, ok?
-Ahh... Do Erica, mówisz? Hmm..-znacząco poruszał brwiami
-Tato! Błagam Cie! Paa..- Pożegnałam się i wyszłam. [...]
Wytłumaczyłam wszystko co i jak, Ericowi. Pomogłam mu troszke ogarnąć te papiery. Pojechałam do domu, zrobiłam sobie obiad i chciałam odwiedzić Annie, ale przypomniało mi się, że przecież ona jest jeszcze w pracy. Napisałam jej sms, w którym poprosiłam o kontakt jak skończy zmianę. Posiedziałam chwilę przed telewizorem i około szesnastej, znów zbierałam się do szpitala. Po drodze zajechałam do salonu i kupiłam tacie nowy telefon. Zwykły, czarny iPhone. Podobny do mojego, tylko, że bez brokatowej flagi Francji, na klapce z tyłu. Co z tego, że byłam we Francji z pięć razy, jak nic nie zobaczyłam, nic nie zwiedziłam, czy coś... Zaparkowałam i ruszyłam ku drzwiom. Wdrapałam sie na II piętro i weszłam do sali taty. Chłopaki jeszcze tu siedzieli. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, powygłupialismy, w miarę możliwości - rzecz jasna. Około dwudziestej pierwszej zostaliśmy "uprzejmie" poproszeni o opuszczenie sali.. Grzecznie opuściliśmy szpital, wyszliśmy na parking i zatrzymaliśmy się przy moim samochodzie.
-Dobra chłopaki.. To.. do kiedyś tam.-powiedziałam i już chciałam wsiadać, lecz przeszkodziła mi czyjaś ręka na ramieniu. Odwróciwszy się zobaczyłam Liama.
-Jedziesz teraz do domu? - przytaknęłam - I będziesz tam SAMA? - znów kiwnęłam głową - No ty chyba sobie z nas jaja robisz!? Jedziesz do nas i bez żadnego ale! Dopóki Twój tata nie wyjdzie - mieszkasz u nas.
-Yyy.. nie.. Przecież nie będę wam siedziała na głowie. Z resztą zawsze mogę iść do przyjaciółki. - wystawiłam mu język.
-To było pytanie retoryczne. Jestem pewien, że oprzesz się takim oczkom! - odwrócił mnie przodem do reszty chłopaków i ujrzałam cztery pary słodkich paczadełek, niczym Kotek ze Shrek'a, wpatrujacych się we mnie. Pozostałam niewzruszona - teraz kocham moja prace, za naukę okazywania uczuć twarzą - i odwróciłam się z powrotem do Payn'a z kamienna twarzą. - O Boże!! Na nią to nie działa!! Na każdą to działa!!
-Problem w tym, że ja nie jestsm każda. - uśmiechnąłam sie triunfalnie. - Dobra! Pojade do was, ale najperw do siebie, po jakies ciuchy. Napisz mi adres. - z wielkim, sztucznym uśmiechem podałam mu telefon z zadaniem "notatka".
-Powaliło cie? I tak wiem, że byś nie przyjechała. Malik weź z nią pojedź. - Niech to szag! Prawie się udało.
-Wsiadaj Malik - westchnęłam zrezygnowana
-Hello! Ja też mam imie! Z-A- - zmroziłam go wzrokiem - To ja już może.. ten. - zamknął się i grzecznie wsiadł.
-Musisz mnie tego nauczyć.. Jak ty to robisz? - zagadnął Niall
-Lata praktyki.-odpowiedziełam
Zatrzymałam się przed domem. Otworzyłam drzwy pękiem kluczy, weszłam i zapaliłam światło.
-Rozgość sie, ja zaraz wracam. - powiedziawszy to zniknełam na schodach. Wzięłam z szafy torbę i zapakowałam do niej kilka bluzek, par spodni, trzy pary butów: emu, na słupku, czarne trampki za kostkę z ćwiekami i szarą, puchatą bluzę z kruliczymi uszami. Zapakowałam jeszcze kosmetyczkę i nerdy-zerówki: czerwone i żółte. A no! Ładowarka i słuchawki. Sprawdziłam wszystko i byłam gotowa. W salonie czekał na mnie mulat wpatrzony w telefon. Uśmiechał się głupkowato do ekranu. Kiedy mnie zobaczył, posłał w moją stronę ogromny uśmiech, który odwzajemniłam. Zapakowaliśmy się do samochodu, tyle, że Zayn za kierownicą. Gry on wyciągał rękę po kluczyki, ja swoją cofałam.
-Przecież ci nic z nim nie zrobie! Masz mnie za idiote? - uniósł prawą brew. Wyglądało to dość zabawnie
-Nie no, ale nie znam cie! Ot co. Nigdy w życiu nie dałam nikomu posiedzieć na miejscu kierowcy, a co dopiero prowadzić. Ugh! Masz! Czuj się zaszczycony. Ale zrobisz coś Stefanowi, to ja zrobie coś tobie - warknęłam i dałam mu kluczyki. Po piętnastu minutach jazdy zostaliśmy zatrzymani. Nie no! Zajebiście, nie ma co. Malik uchylił szybę i ukazała nam się blondwłosa policjantka z awiatorami na nosie.
-Podkomisarz Julie Redwick. Prawo jazdy i dowód rejestracyjny - wyciągnęłam dowód rej. z tego czegoś, co sie tak odchyla jak slońce świeci i podałam Julie. - A prawo jazdy? To jest dowód osobisty!
-Yyyy... Nie mam? - uśmiechnął się głupawo
-Jak to nie masz? - prawie krzyknęlam
-Rose? - zapytała Julie
-Hejka Juls.-pomachałam jej, zarzenowana sytuacją.
-Boże! Jak dawno cie nie widziałam. Od zakończenia szkoły!
-Taaa.. Myślałam, że wyjechałaś! Przenieśli cie?
-Myhm.. Ale trudno.. Tu jest lepiej - puściła mi oczko i spojrzala na Malika - I co ja mam z tobą zrobić...-zlustrowala dowód spojrzeniem -..panie Malik?
-Puścić wolno? - uśmiechnął się, pokazując rządek białych ząbków
-Oj, Rose Rose.. Jak cie kocham, to jedź dalej. -Zaśmiała się i pamachała lizakiem, abyśmy zjechali z pobocza.
Malik spojrzał na mnie podejrzliwie. Katem oka, co prawda, ale jednak.
-No co? - zapytałam ziytowana jego spojrzeniem
-Nic... Muszę się o Tobie jeszcze sporo dowiedzieć..
-Oj, sporo tego jest..-mruknęłam cicho i odwróciłam twarz w stronę okna.
Chłopaki mieszkali, ani to daleko, ani to blisko.. Ale dom był odrobinę większy niż mój. A mój i tak był ogromny. W wykłócaniu się o torbę, Malik wygrał. Stwierdzil, ze mam już jedną torebkę w której jest wiele nie porezebnych rzeczy, a on nie ma żadnej wiec ponoci moją. Zarzócił ją sobie na ramie i poszliśmy. Zayn otworzył drzwi i puścił mnie pierwszą.. Oh. Jaki gentelmen.. Nosi torbę, przepuszcza w drzwiach.. Haha.
Wrzasnął "jesteśmy" i ruszył przez korytarz.

niedziela, 9 września 2012

S01E02

Ugh! Jak ja nienawidzę wstawać! Dlaczego ludzie nie mogą zrozumieć mojej miłości? Przecież to takie piękne połączenie! Dobra! Już dobra! Wstaję! Zgramoliłam się powoli z łóżka i.. Zaraz! Wróć! Przecież zasnęłam na kanapie.. Pewnie tata mnie przeniósł.. Będę musiała mu podziękować. Ruszyłam do łazienki, tam wykąpałam się i zrobiłam delikatny makijaż. Owinięta ręcznikiem podeszłam do szafy i wybrałam ubrania. Gotowa zeszłam do kuchni, gdzie zastałam tatę.
-Hej, tatuś.-przywitałam się i dałam całusa w policzek
-Cześć, księżniczko. I jak było wczoraj na zakupach?
-Hmmm.. Było.. Ciekawie. Ale to nie ważne! Opowiadaj jak na tym spotkaniu! - powiedziałam entuzjastycznie.
-No więc...-zaczął nawijać niczym robot. Ja wzięłam się za śniadanie. Zrobiłam sobie dwie kanapki z serem i pomidorem. Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść. -..i wychodzi na to, że będziemy się widywać jeszcze rzadziej. - zakończył swój monolog, a ja aż zakrztusiłam się kanapką.
-Słucham!? Jak to "Będziemy się widywać jeszcze rzadziej"?-oburzyłam się
-Emm.. Jako ich menager będę musiał wyjeżdżać z nimi wszędzie.. Wiesz.. Trasy, koncerty, wywiady i tak dalej..
-Jeśli to cie będzie uszczęśliwiać..-mruknęłam, zabrałam torebkę i szybkim krokiem wyszłam z domu. Słyszałam jeszcze nawoływania taty, abym poczekała, ale było mi wszystko jedno. Założyłam okulary na nos, odpaliłam silnik i odjechałam. Po 15 minutach byłam już w pracy. Przebrałam się w mundur, spięłam włosy w koka (czyli czarne szpilki, granatowa spódnica przed kolano, granatowa marynarka z mnóstwem odznak, całość dopełniała również granatowa furażerka, biała, jedwabna koszula i czarny pasek w talii), poprawiłam tabliczkę z nazwiskiem i ruszyłam do biura. Zajęłam swoje stanowisko przy biurku i zanurzyłam nos w papierach. [...]

*tydzień później*

-Rose, telefon! - zawołał Jake.
-Która?
-Na piątce.
-Dzięki! - odkrzyknęłam - Słucham? - podniosłam słuchawkę.
-Dzień dobry. Pani Rosemary Higgins?-zapytała kobieta po drugiej stronie
-Tak to ja. O co chodzi?
-Chodzi o pani ojca. 2 godziny temu miał wypadek. Prosiłabym o niezwłoczne przyjechanie do szpitala św.Heleny.- do moich oczu cisnęły się łzy.
-Oczywiście.. Postaram się przyjechać jak najszybciej. Dziękuje za informacje.- odpowiedziałam drżącym głosem
-Również dziękuje.
Niczym rakieta popędziłam do pokoju przełożonego. Zapukałam.
-Prosze!-usłyszałam i weszłam -Witaj Rosemary. Stało się coś?
Za biurkiem siedział Pan Johnnatan Smith.
-T-tak. Mój tata miał wypadek. Czy mogłabym...-nie dokończyłam, bo Smith mi przerwał
-Oczywiście.. Jedź w mundurze, nie trać czasu, a później zadzwoń i powiedz czy wszystko w porządku, ok?
-Jasne.. Dziękuje!-i wyszłam z gabinetu.
Poprawiłam czapkę i ruszyłam korytarzem ku wyjściu. Truchtem podbiegłam do samochodu i z piskiem opon odjechałam. Po ok.20 minutach byłam pod budynkiem szpitala. Pobiegłam do wejścia i zatrzymałam się przy informacji.
-Dzień dobry. W jakiej sali leży Paul Higgins?
-A pani jest...?-zmierzyła mnie wzrokiem.. I raczej... zdziwił ją mundur.
-Córką. Rosemary Higgins.-wskazałam na plakietkę po lewej stronie klatki piersiowej.
-Emm... Sala 500 piętro 3.-powiedziała z uśmiechem
-Dziękuje..-i ruszyłam w kierunku schodów.
Nigdy nie lubiłam jeździć windami. Mimo że, byłam w szpilkach, biegało mi się dość wygodnie...

I piętro... II piętro... III piętro! Nareszcie! Weszłam z powrotem na główny hol i zaczęłam rozglądać sie za salą. Mam! 496.. 497.. 498.. 499.. I zobaczyłam szklane drzwi z napisem "Oiom" i tabliczkę ze strzałką w strone drzwi i liczbą 500 i 500+. Po raz kolejny dzisiaj łzy popłynęły po moich policzkach. Pchnęłam drzwi i zobaczyłam kolejne szklane drzwi. A na nich 500. Podeszłam do nich i zaparło mi dech. W przerażeniu przyłożyłam rękę do ust. Przez szybę doskonale było widać wszystkie maszyny ukazujące czynności życiowe i miliony  kabelków podłączonych do taty. Pielęgniarka właśnie coś poprawiła. O już wychodzi!
-Przepraszam.. -zaczepiłam ją - Jestem Rosemary Higgins.. Co z moim tatą? - wskazałam delikatnie na drzwi
-Może zaprowadzę panią do lekarza? On wszystko pani wyjaśni.-zaproponowała. Po chwili siedziałam w gabinecie lekarskim, a na przeciwko mnie siedział lekarz z siwym wąsem.
-Tak więc.. Pani ojciec został przewieziony do nas z ciężkimi obrażeniami wewnętrznymi i urazem czaszki. Sytuacja została opanowana, lecz wydolność płuc nie jest taka jak powinna. Dlatego też, trzymamy go tutaj. Czy pani tata pali lub palił?
-Tak, owszem. Od ponad dziesięciu lat. - wyjaśniłam
-Teraz to zrozumiałe. Chce pani zobaczyć tatę?-zapytał z niemym uśmiechem. Ja odpowiedziałam pokiwaniem głową na 'tak'. Dopiero teraz zauważyłam, że przed salą siedzi piątka chłopaków.. Siedzieli ze spuszczonymi głowami, więc nie mogłam ich jako-tako rozpoznać. Ale przecież jechał do tego zespołu, więc to może oni. Za lekarzem weszłam do sali. Usiadłam na krzesełku obok łóżka, wzięłam prawą dłoń taty w swoje i przyłożyłam ją do swojego policzka. Kolejne strumienie łez popłynęły się po moich policzkach. Dlaczego on? Dlaczego nie ja? Nagle poczułam, że dłoń taty ścisnęła moją. Uchyliłam powieki i spojrzałam na twarz taty. Uśmiechał się. Bardzo delikatnie, ale się uśmiechał. Przesiadłam się z krzesełka obok taty i przytuliłam się. Tak po prostu. Tata zamknął mnie w swoich ramionach. Trwaliśmy w uścisku może kilka minut. Uścisk taty zaczął słabnąć, więc odsunęłam się od niego kawałek.
-Rosie. Zawsze byłaś moją małą księżniczką.. I zawsze będziesz. Jestem z Ciebie taki dumny. Nawet nie wiesz jak bardzo. Żałuję, że musisz patrzeć na mnie w takim stanie. Jeśli umrę, proszę...-mówił cichym i zachrypniętym głosem.
-Nie tato.. Ty nie umrzesz.. Nie możesz.. Nie możesz zostawić mnie tu samej, rozumiesz? Nie przeżyje bez Ciebie.! Zrobię wszystko, żebyś tylko wyzdrowiał.. Słyszysz? Wszystko! - po raz setny, a może tysięczny łzy pocisnęły mi się na policzki. Tata zaczął kaszleć. Chciałam pójść po lekarza, ale tata mnie pociągnął mnie za rękaw marynarki.
-Już dobrze.. Jest ok. Dziękuje Rosie..-i znów mnie przytulił. Rosie. Zawsze tak na mnie mówił. Nawet gdy coś zbroiłam. Nigdy nie powiedział na mnie Rose, czy Mary. Nic z tych rzeczy. Zawsze byłam małą Rosie. Zawsze chciałam by tata powiedział, że jest ze mnie dumny. Zawsze powtarzał "Chcesz do czegoś dojść? Nie poddawaj się i bądź silna". Nie lubiłam, gdy ktoś obcy mnie chwalił. Chciałam, żeby to był tata.
Do sali weszła pielęgniarka i kazała mi ją opuścić, bo już koniec odwiedzin. No w sumie.. Było już po drugiej w nocy. Wyszłam na główny hol, przystanęłam przy ścianie i ściągnęłam buty. Nogi mnie nie bolały, ale byłam już bardzo zmęczona. Wolnym krokiem przemierzałam korytarz, schody, aż w końcu wkroczyłam na parking. Wsiadłam do samochodu i oparłam się o kierownice. Nie miałam siły już płakać. Odpaliłam samochód i po 15 minutach byłam już w domu. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam piżamę. Nie zasnę. Nie ma mowy. Weszłam na piętro i bez zastanowienia ruszyłam do pokoju na końcu korytarza. Otworzyłam delikatnie drzwi, a one potwierdziły to cichym skrzypnięciem. Przez okno wpadało światło księżyca. Zapaliłam małą lampkę stojącą na pianinie i usiadłam przy nim. Wzięłam ołówek do ręki i zaczęłam zapisywać nuty, co jakiś czas sprawdzając brzmienie na klawiaturze. To chyba była jedna z chwil słabości. To mama uczyła mnie grać.. Pomagała też wyćwiczyć głos. Gdy zmarła znienawidziłam granie i śpiewanie. Podobno mam talent, ale..To wszystko mi o niej przypomina.. Przerwałam swoje rozmyślenia, bo wiedziałam, że kolejne wspomnienia o mamie doprowadzą do kolejnych łez... Brakowało mi jej. Tak cholernie mi jej brakowało. Przekartkowałam stary notes i zauważyłam, że na kilku kartkach są zapisane nuty, a pod nimi słowa. Ułożyłam zeszyt na podstawce i zaczęłam grać. Gdy się wczułam - dołączyłam śpiew.. Wyszło, jak wyszło. Mniej więcej tak. Prześledziłam jeszcze raz kartki z nutami i dostrzegłam mały napisik. "Dla Rosie. Kocham Cię, moja mała. Na zawsze będę w twoim serduszku. 01.05.2001r."  1 maja czyli... Cztery dni przed jej śmiercią... Ja nie potrafiłam pisać piosenek. To mama je pisała i dawała do grania, a ona w tym czasie śpiewała. Przejrzałam nuty, które napisałam i zagrałam. Dodałam napis "To Mommy". Zagrałam to kilka razy, zgasiłam lampkę i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Udałam się do siebie. Z westchnieniem opadłam na łóżko i zaczęłam rozmasowywać palce. Mogłam o tym wcześniej pomyśleć.. Tsaa.. Spojrzałam na zegarek stojący na półeczce. 4:43. Już tak wcześnie? O Boże! Nie wstanę do pracy. Ugh! Chyba i tak poproszę o urlop. Mam jeszcze jakieś tam nie wykorzystane wolne dni. Poza tym w tej sytuacji chciałabym spędzić więcej czasu z tatą. Pogadam o tym jutro z przełożonym. A właściwie to dzisiaj. Opatuliłam się kołdrą i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

niedziela, 2 września 2012

S01E01

-Amy, postaraj się! Wiem, że potrafisz! Cody! Nie ociągaj się! Angie, biegiem! Raz, raz! - moje gardło chyba przyzwyczaiło się do krzyku.. Wczoraj przyjęliśmy trzech rekrutów i są całkiem nie źli, ale troszke leniwi. [...]
Ugh! Annie! Uduszę Cię kiedyś... Tak właśnie zadzwoniła do mnie przyjaciółka, która kończyła zmianę godzinę wcześniej, że zapomniała odebrać ubrań z pralni, a korzystając, że mam po drodze przecież "moge je odebrać".. O i przy okazji oddam mundur do czyszczenia...Nevermind.. O Gosh! Czym prędzej wyszłam z samochodu, wcześniej parkując go na niewielkim parkingu, tuż przy pralni. Wyjęłam z bagarznika pokrowiec z mundurem i popędziłam do budynku. Cóż.. Chdzenie w takich butach nie jest w cale takie proste, jakby się zdawało. Do wejścia miałam jakieś 100 metrów, gdy nagle się z kimś zderzyłam. Tym "kimś" był brunet z aviatorani na nosie. Miał na sobie granatową marynarkę, białą bluzkę w czerwone paski i czerwone rurki podwinięte do kostek. Całość dopełniały białe trampki. No gościu, ma fajną stylówe, że tak się wyraże.
-Przepraszam.. Nia zauwarzyłam cię..-wymamrotałam
-Nie no spoko.. Każdemu się może zdarzyć..-wyszczerzył się, pokazując rządek białych ząbków. Obdarowałam go tym samym - Jestem Louis. - wyciągnął rękę
-Rosemary -uścisnełam jego dłoń - Miło było mi cię poznać, Lou, ale bardzo się spieszę. Pa
-Cześć i - mam nadzieję - do zobaczenia! - odpowiedział i ruszyłam w kierunku tej nieszczęsnej pralni. Odebrałam ciuchy Ann i znów przemierzyłam odleglość do samochodu. Odjechałam, wcześniej wrzucajac ubrania do bagażnika. Dlaczego się śpieszę? Dostałam wiadomość od taty, że ma do mnie ważną sprawę.. A jeśli Paul Higgins mówi, że coś jest ważne, to naprawdę tak jest. Ostatnia jego ważną sprawą był list ze szkoły mundurowej z odpowiedzią na podanie. Wjechałam na podjazd i zgasiłam silnik. Wysiadłam, zabrałam ubrania Annie i weszłam do domu.
-Hej tato! Już jestem! - powiedziałam wchodząc do salonu i odkładając ciuchy przyjaciółki na fotel.
-Jestem w kuchni - odpowiedział mi głos taty. Bez niczego ruszyłam w tamtym kierunku.
tata siedział przy wyspie na wysokim krześle barowym i popijał kawę. Przywitałam się z nim całusem w policzek.
-No to co to za ważna sprawa? - zapytałam wstawiając wodę na kawę dla siebie. Póki co usiadłam obok taty.
-Rzuciłem prace jakieś dwa dni temu - już chciałam przerwać, ale gestem ręki pokazał, abym nie przerywała - i dzisiaj dostałem bardzo ciekawą propozycję.. Zgodziłem się, bo to bardzo luźna praca..
-Co masz na mysli mówiąc "luźna praca"?
-Zostałem menagerem zespołu.. Boysbandu właściwie.. Jeszcze dzisiaj do nich jade, żeby wszystko ustalić.. Jedziesz ze mną? -wstałam i zalałam sobie kawę. Upiłam łyk goracego napoju opierając się tyłkiem o blat.
-Nie tato.. Chcialam troche czasu spędzić z Ann.. Poza pracą nie widujemy się już tak często.. Dostałam wyższy stopień i mam mniej czasu.. Muszę ją jakoś udobruchać.. Może wybierzemy się na jakieś zakupy, ale nie wiem.. sie jeszcze zobaczy..
-Ok. Zbieram się, bo już 15:30. Bawcie się dobrze.. Ja bede wieczorem.Uważaj na siebie, księżniczko.-ucałował mnie w czoło i wyszedł, zabierając jakąc teczke..
Ruszyłam do swojego pokoju. Wybrałam ubrania w jakich podbiję dzisiaj Centrum Handlowe i poszłam do łazienki. Szybko się wykompałam, poprawiłam makijaż i odziałam się. Włosy zostawiłam rozpuszczone.
Zeszłam po schodach, wcześniej sprawdzając czy wszystko mam, zabrałam ubrania Soph i wyszłam z domu zamykając go. Idąc powoli dotarłam do domu obok. Grzecznie zapukałam, a po chwili otworzyła mi przyjaciółka. Zaprosiła mnie do środka.
-Trzymaj kotku i zbieraj dupcie.. Idziemy się poszwędać!-dałam jej ubrania, a ona migiem poleciała się przebrać z za dużej koszulki, chyba Brian'a i któtkich spodenek. Po nie całych 10 minutach ujrzałam Ann gotową do wyjścia. Wyszłysmy z domu, wsiadłyśmy do jej samochodu i pojechałyśmy do centrum. [...]
Po bitych 2 godzinach łażenia w tą i z powrotem po sklepach udałyśmy się do McDonald's po McFlurry.
Odebrałyśmy zamówienie i poszłyśmy dalej.
-Poczekaj na mnie chwilkę ja skocze po gazetę.- poprosiła Ann.
-Jasne. Będę czekać tam, przy stoliku.- wskazałam i ruszyłam w jej kierunku obładowana torbami.
Siedziałam sobie i jadłam McFlurry od dobrych 10 minut i grałam w Angry birds.. Jak długo można kupywać gazetę? Bożeeee...-westchnęłam.
-Hej, Słońce! Dasz mi swój numer? -ktoś. Oderwałam się od tej znakomitej gry..(czujecie sarkazm? nie? a ja tak!) Spojrzałam na tego gościa, a tam kto? Jakiś chłopak, na pewno młodszy ode mnie, z burzą brązowych loków na głowie, uroczymi dołeczkami i zielonymi oczami. Ubrany w szarą marynarkę, białą bluzkę z dekoltem V i bordowe rurki. Cienki tekst na podryw..
-Cześć, Słońce! Nie. - mruknęłam i posłałam mu buziaka. Słyszałam tylko głośny rechot za plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam czwórkę chłopaków. Louis? Ostatni, gdy zobaczył, że ja to ja, od razu przestał się śmiać. A jego mina? Bezcenna. Podeszli do nas.
-Hej, Rosemary-powiedział zmieszany Lou
-Wystarczy Rose i siemka..
-Znacie się- zdziwił się, jak zdążyłam się dowiedzieć, Harry.  O! Akurat wróciła Annie.
-Mary! Zbieraj tyłek! Jedziemy do pracy -westchnęła
-Co? Przecież miałyśmy mieć wolne!
-Rekruci się buntują.. Stwierdzili, że wieczorny trening chcą mieć z Tobą, a jak nie to nie będą ćwiczyć.
-Ja pierdole- mruknęłam- Dobra to idziemy... Sorry chłopaki. Praca wzywa..Ile mamy czasu?-przeprosiłam i zwróciłam się do przyjaciółki
-Niecałe 15 minut.. Ja nie dojadę w tyle na drugi koniec miasta!
-Oddawaj kluczyki, kochanie - uśmiechnęłam się szyderczo, wzięłam kluczyki i poszłyśmy. [...]
W niecałe 10 minut byłyśmy pod bramą wojska. Uśmiechnęłam się i pokazałam przepustkę David'owi, który stał na dyżurce.[...]
Dwu godzinny trening minął dość szybko. Jest ok.19, a u mnie w domu ciemno. Taty jeszcze nie było, więc weszłam i zamknęłam drzwi na zamek. Tata przecież ma klucze. Byłam padnięta. Wykąpałam się ubrałam zwykłe, szare dresy i czarną bokserkę. Włosy spięłam w luźnego koka. Było za wcześnie, żebym poszła spać, bo moja norma to 23-24, więc zrobiłam sobie popcorn, zaopatrzyłam się w pudełko chusteczek i usiadłam przed telewizorem włączając jakąś komedie romantyczną. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

środa, 29 sierpnia 2012

S01E00

Przychodzi moment, gdy przestajesz czekać. Nie, nie przestajesz kochać, po prostu uświadamiasz sobie, że nie macie już szans. Nie patrzysz na wyświetlacz telefonu z nadzieją, że zobaczysz tam jego imię, na gadu siedzisz na niewidocznym i nie łudzisz się nawet, że odwiedza choćby Twój profil na fejsie. Wypychasz go ze swojego życia, zaczynasz jakoś funkcjonować bez tego durnego uczucia w środku, że coś może jeszcze nadejść. Przykro mi, nic już się nie wydarzy, on nie wróci, nie odbudujecie niczego na nowo. Możesz spać spokojnie skarbie, już nie błąkasz się w moich snach. Tylko... Dlaczego?

-Annie, powiedz mi czemu mnie tu ściągnęłaś? Przecież mówiłam ci, że mam jeszcze papierkową robotę! Im szybciej zaczne tym szybciej skoń..-zamarłam na wskazany cel przez przyjaciółkę-..czę. 
Drzewa w parku delikatnie uginały się pod ilością sniegu. Starsze panie stąpały delikatie po alejkach, tak aby nie poślizgnąć się na śliskiej nawierzchni. Celem wskazanym przez Ann była para siedząca na ławce, przy nie dzialającej, starej fontannie. Sorry, że tak to określe, ale para dosłownie się pochłaniała. Dziewczyna tak mocno napierała na chłopaka, jakby chciała wlożyć mu język do gardła i wyczyścić wszystkie flaki.. Ale zaraz! to nie była jakas tam lepsza para! To był Thomas! Mój Thonas! A raczej już nie mój. Łzy zaczeły cisnąć mi się do oczu... Jak on mógł? Ruszyłam w ich kierunku..
-Rose! Gdzie ty idziesz!? Zaczekaj na mnie! - słyszałam jak Annie mnie woła.
-Em.. Thomas.. Mozesz mi to jakos wytłumaczyć? - jednym zdaniem sprawiłam, że para odarwała się od siebie..
-Rosemary? Co ty tu robisz? - Tom wygladał na zdziwionego
-Ty na prawde jesteś taki głupi, czy tylko udajesz? - zakpiłam - Wolny kraj.. Moge chodzic gdzie chce! Więc? Czekam..
-Tomciu? Kto to? - wtracila się dziewczyna
-Tomciu? hahaha Oooo.. jak słodko! Rzygam tęczą... Jestem jego dziewczyną, a raczej byłam jakieś 10 min temu.
-Ty masz dziewczynę!? - momentalnie zeszła z jego kolan
-Wiesz... Gra na dwa fronty raczej się nie sprawdza...-westchnęłam i już chciałm iść, ale poczyłam, że ktoś złapał mnie za rekę. Odwrócilam się i zobaczyłam ta dziewczynę.
-Przepraszam.. Strasznie Cię przepraszam... On mówił, że nie ma dziewczyny.. Gdybym.. Na prawde przepraszam... Oh... Lepiej już pójdę. - i ze łzami w oczach odeszła...
Szkoda było mi tych dwóch lat spędzonych z nim... Gdybym wiedziała, że zostane tak zraniona... Poprawilam szalik, złapałam Annie pod rękę i ruszyłyśmy w stronę domu...


_________________________________
Bum! I oto prolog!
Jutro wieczorem CHYBA będzie rozdział 1, ale to sie zobaczy..
Pisze kompletnie na bierząco...
Pomysł na bloga, too.. taki spontan właściwie..
A teraz żegnam się.. paaa!

Dzień dobry, cześć i czołem!

Coś, czego nie jestem w stanie określić, podkusiło mnie do założenia kolejnego bloga..
To także będzie opowiadanie o One Direction, tylko że w trochę innym hmm.. stylu..
Tak, to chyba odpowiednie określenie.. No tak, więc...
Zaczynam z kolejnym opowiadaniem pt.: "Don't let me go..."
Jeszcze dziś dodam bohaterów.
Życzcie mi powodzenia!