sobota, 22 września 2012

S01E03

Półtorej godziny snu, to zdecydowanie za mało. Zgramoliłam się z łóżka i podeszłam do okna. Pogoda nie była jakaś piękna, więc wyciągnęłam z szafy ubrania i poszłam do łazienki. Po piętnastu minutach wyszłam przebrana i pomalowana. Zeszłam na dół, sparzyłam sobie kawę i zrobiłam płatki z mlekiem <tak wiem, bardzo odżywcze śniadanie>. Równo o 6:30 wyszłam z domu, uprzdnio zamykając go. Wsiadłam do samochodu i odjechałam. Mogłabym jakoś załatwić urlop telefonicznie, ale wolałabym osobiście. Podjechałam pod bramę, pokazałam przepustkę i zaparkowałam na parkingu dla pracowników. [...]
Tak! Wszystko załatwione! Co prawda po dwóch godzinach zapewniania, że jest ok i sie "trzymam", mam tydzień wolnego i obiecałam sobnie, że ten tydzień spędzę z tatą. Mój przełożony jest na tyle miły, że chciał mi dać dwa tygodnie, ale stanowczo odmówiłam. Poza tym, co ja bym robiła przez te dwa tygodnie sama w domu? Tak przynajmniej będę miała jakieś zajęcie. Po ok 30 minutach byłam w szpitalu. Poprawiłam zerówki, które miałam na nosie i ruszyłam na III piętro. Przeszłam przez drzwi, założyłam ten dziwny fartuch i już chciałam wejść do sali, gdy przez szybę zobaczyłam puste, zaścielone łóżko. W sali było pusto. Przecież on nie mógł...! Pobiegłam do lekarskiego, zapukałam i od razu weszłam.
-Dzień dobry. Czy mogłabym się dowiedzieć gdzie jest mój tata? - zwróciłam się do lekarza, z którym rozmawiałam wczoraj.
-Ahh.. To pani. Higgins, tak? - skinęłam głową, a on spojrzał w jakieś karty - Umm.. Sala 219 na II piętrze.
-Uff.. Dziękuje! - i tyle mnie widzieli.
Zbiegając po schodach omijałam co drugi schodek, aż w końcu dotarłam do drzwi. Przebiegłam przez główny hol, taranując przy tym pielęgniarki i pozostałych ludzi. W końcu dotarłam do sali 219 i wpadłam tam jak burza. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam uśmiechniętego tatę, leżącego na łóżku. Podbiegłam do niego.
-Boże! Tato, nawet nie wiesz jak się martwiłam! - wyszlochałam w zagłębienie w jego szyi.
-Hej.. Słoneczko! Nie płacz już.. Wszystko jest ok, tak? - Odsunął mnie od siebie na odległość ramion, ciągle trzymając na nich dłonie. Kiwnęłam głową i znów się przytuliłam.
-Emmm.. tato.. Od teraz palisz mniej. - powiedziałam stanowczym głosem
-Nienawidzę, gdy mówisz takim tonem - uśmiechnął się lekko - Oj, Rosie.. - westchnął.
Pogadaliśmy trochę, pośmialiśmy się i w mirę możliwości wygłupialiśmy..
-Zupełnie jak kiedyś - wypalił tata. Chyba raczej nie jak kiedyś. Nie ma mamy..
-Tak... Jak kiedyś... - powiedziałam cicho i wgapiłam się w widok za oknem.
-Rosie.. Mi też było trudno.. I nadal jest..  Tak bardzo chciałbym, żeby ty była. Chciałbym, żeby widziała jak się uśmiechasz, jak się złościsz, jak sie zmieniasz, jakie sukcesy odnosisz.. Sama wiesz.. - westchnął.
-Wiem tato. - uśmiechnęłam się lekko.
Włączyliśmy TV i tata przejął pilot.. Hahaha włączył sobie "Licealne ciąże"! Wiem, wiem. Ułożyłam się obok taty na łóżku i wtuliłam w jego pierś. Nadal oglądaliśmy "Licealne ciąże", gdy tu nagle drzwi otwierają się z przysłowiowego kopa i ktoś wchodzi. Nawet nie chciało mi się oderwać wzroku od telewizora.
-Paul, kochanie!! Przybyliśmy! Twój świat stał się lepszym! - Wydarł się ktoś.
-Taaa. Nie wątpie. - mruknął tata, co skomentowałam cichym chichotem.
-O! A cóż to za piękna dziewoja, która spoczywa obok Ciebie - zaraz, zaraz... Ja znam ten głos.
-Aaa.. No to moja córka.. Rose. - obróciłam głowę i zamarłam.
-Louis? - zdziwiłam się
-Rosemary? No cześć! - zdziwienie przeobraziło się w ogromny uśmiech. Pomachał mi energicznie. Odmachałam.

-Boże! Co wy oglądacie!? Weźcie to przełączcie!! - wykrzyknął Zayn.
Specjalnie na jego życzenie przełączyłam na MMA. Uwielbiam to, co było wielkim zdziwieniem dla... jaki już zdążyłam się dowiedzieć One Direction. Niby tacy sławni na cały świat, to czemu nigdy o nich nie słyszałam?

Cóż.. Z chłopakami nie da się nudzić. Zaliczyłam glebę z łóżka, ścigałam się z Horanem na wózkach, z co dostaliśmy opieprz od pielęgniarek, ale to szczegół. Poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że jeśli stan taty będzie się taki jak teraz to wyjdzie pod koniec tygodnia. Właśnie gadaliśmy sobie, ale przerwał nam mój telefon. Przeprosiłam i odebrałam
*rozmowa*
-Hej, Mary! Tu Eric. Mam sprawę.
-Umm.. Mów dalej..
-Bo jak ty teraz masz ten urlop i wiem, że nie powinienem ci przeszkadzać, ale musisz mi pomóc! Prosze!
-No ale o co chodzi!
-No bo ja przejąłem Twoje stanowisko na te pare dni i te papiery, i sie nie mogę w nich połapać.. Mogłabyś do mnie wpaść? - spojrzałam na tatę. Nie chciałam jechać, ale od czego są przyjaciele?
-Taa.. Będę za jakieś pół godziny. Do zobaczenia.
-Jesteś wielka! Paaa!
*koniec rozmowy*
-Tatuuuś..- posłałam mu przepraszający uśmiech i delikatnie przygryzłam dolną wargę
-Jedź, jedź... Tylko powiedz gdzie..-poruszał brwiami. Zmroziłam go wzrokiem.
-Do Erica. Pomogę mu ogarnąć papiery i wpadnę wieczorem, ok?
-Ahh... Do Erica, mówisz? Hmm..-znacząco poruszał brwiami
-Tato! Błagam Cie! Paa..- Pożegnałam się i wyszłam. [...]
Wytłumaczyłam wszystko co i jak, Ericowi. Pomogłam mu troszke ogarnąć te papiery. Pojechałam do domu, zrobiłam sobie obiad i chciałam odwiedzić Annie, ale przypomniało mi się, że przecież ona jest jeszcze w pracy. Napisałam jej sms, w którym poprosiłam o kontakt jak skończy zmianę. Posiedziałam chwilę przed telewizorem i około szesnastej, znów zbierałam się do szpitala. Po drodze zajechałam do salonu i kupiłam tacie nowy telefon. Zwykły, czarny iPhone. Podobny do mojego, tylko, że bez brokatowej flagi Francji, na klapce z tyłu. Co z tego, że byłam we Francji z pięć razy, jak nic nie zobaczyłam, nic nie zwiedziłam, czy coś... Zaparkowałam i ruszyłam ku drzwiom. Wdrapałam sie na II piętro i weszłam do sali taty. Chłopaki jeszcze tu siedzieli. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, powygłupialismy, w miarę możliwości - rzecz jasna. Około dwudziestej pierwszej zostaliśmy "uprzejmie" poproszeni o opuszczenie sali.. Grzecznie opuściliśmy szpital, wyszliśmy na parking i zatrzymaliśmy się przy moim samochodzie.
-Dobra chłopaki.. To.. do kiedyś tam.-powiedziałam i już chciałam wsiadać, lecz przeszkodziła mi czyjaś ręka na ramieniu. Odwróciwszy się zobaczyłam Liama.
-Jedziesz teraz do domu? - przytaknęłam - I będziesz tam SAMA? - znów kiwnęłam głową - No ty chyba sobie z nas jaja robisz!? Jedziesz do nas i bez żadnego ale! Dopóki Twój tata nie wyjdzie - mieszkasz u nas.
-Yyy.. nie.. Przecież nie będę wam siedziała na głowie. Z resztą zawsze mogę iść do przyjaciółki. - wystawiłam mu język.
-To było pytanie retoryczne. Jestem pewien, że oprzesz się takim oczkom! - odwrócił mnie przodem do reszty chłopaków i ujrzałam cztery pary słodkich paczadełek, niczym Kotek ze Shrek'a, wpatrujacych się we mnie. Pozostałam niewzruszona - teraz kocham moja prace, za naukę okazywania uczuć twarzą - i odwróciłam się z powrotem do Payn'a z kamienna twarzą. - O Boże!! Na nią to nie działa!! Na każdą to działa!!
-Problem w tym, że ja nie jestsm każda. - uśmiechnąłam sie triunfalnie. - Dobra! Pojade do was, ale najperw do siebie, po jakies ciuchy. Napisz mi adres. - z wielkim, sztucznym uśmiechem podałam mu telefon z zadaniem "notatka".
-Powaliło cie? I tak wiem, że byś nie przyjechała. Malik weź z nią pojedź. - Niech to szag! Prawie się udało.
-Wsiadaj Malik - westchnęłam zrezygnowana
-Hello! Ja też mam imie! Z-A- - zmroziłam go wzrokiem - To ja już może.. ten. - zamknął się i grzecznie wsiadł.
-Musisz mnie tego nauczyć.. Jak ty to robisz? - zagadnął Niall
-Lata praktyki.-odpowiedziełam
Zatrzymałam się przed domem. Otworzyłam drzwy pękiem kluczy, weszłam i zapaliłam światło.
-Rozgość sie, ja zaraz wracam. - powiedziawszy to zniknełam na schodach. Wzięłam z szafy torbę i zapakowałam do niej kilka bluzek, par spodni, trzy pary butów: emu, na słupku, czarne trampki za kostkę z ćwiekami i szarą, puchatą bluzę z kruliczymi uszami. Zapakowałam jeszcze kosmetyczkę i nerdy-zerówki: czerwone i żółte. A no! Ładowarka i słuchawki. Sprawdziłam wszystko i byłam gotowa. W salonie czekał na mnie mulat wpatrzony w telefon. Uśmiechał się głupkowato do ekranu. Kiedy mnie zobaczył, posłał w moją stronę ogromny uśmiech, który odwzajemniłam. Zapakowaliśmy się do samochodu, tyle, że Zayn za kierownicą. Gry on wyciągał rękę po kluczyki, ja swoją cofałam.
-Przecież ci nic z nim nie zrobie! Masz mnie za idiote? - uniósł prawą brew. Wyglądało to dość zabawnie
-Nie no, ale nie znam cie! Ot co. Nigdy w życiu nie dałam nikomu posiedzieć na miejscu kierowcy, a co dopiero prowadzić. Ugh! Masz! Czuj się zaszczycony. Ale zrobisz coś Stefanowi, to ja zrobie coś tobie - warknęłam i dałam mu kluczyki. Po piętnastu minutach jazdy zostaliśmy zatrzymani. Nie no! Zajebiście, nie ma co. Malik uchylił szybę i ukazała nam się blondwłosa policjantka z awiatorami na nosie.
-Podkomisarz Julie Redwick. Prawo jazdy i dowód rejestracyjny - wyciągnęłam dowód rej. z tego czegoś, co sie tak odchyla jak slońce świeci i podałam Julie. - A prawo jazdy? To jest dowód osobisty!
-Yyyy... Nie mam? - uśmiechnął się głupawo
-Jak to nie masz? - prawie krzyknęlam
-Rose? - zapytała Julie
-Hejka Juls.-pomachałam jej, zarzenowana sytuacją.
-Boże! Jak dawno cie nie widziałam. Od zakończenia szkoły!
-Taaa.. Myślałam, że wyjechałaś! Przenieśli cie?
-Myhm.. Ale trudno.. Tu jest lepiej - puściła mi oczko i spojrzala na Malika - I co ja mam z tobą zrobić...-zlustrowala dowód spojrzeniem -..panie Malik?
-Puścić wolno? - uśmiechnął się, pokazując rządek białych ząbków
-Oj, Rose Rose.. Jak cie kocham, to jedź dalej. -Zaśmiała się i pamachała lizakiem, abyśmy zjechali z pobocza.
Malik spojrzał na mnie podejrzliwie. Katem oka, co prawda, ale jednak.
-No co? - zapytałam ziytowana jego spojrzeniem
-Nic... Muszę się o Tobie jeszcze sporo dowiedzieć..
-Oj, sporo tego jest..-mruknęłam cicho i odwróciłam twarz w stronę okna.
Chłopaki mieszkali, ani to daleko, ani to blisko.. Ale dom był odrobinę większy niż mój. A mój i tak był ogromny. W wykłócaniu się o torbę, Malik wygrał. Stwierdzil, ze mam już jedną torebkę w której jest wiele nie porezebnych rzeczy, a on nie ma żadnej wiec ponoci moją. Zarzócił ją sobie na ramie i poszliśmy. Zayn otworzył drzwi i puścił mnie pierwszą.. Oh. Jaki gentelmen.. Nosi torbę, przepuszcza w drzwiach.. Haha.
Wrzasnął "jesteśmy" i ruszył przez korytarz.

niedziela, 9 września 2012

S01E02

Ugh! Jak ja nienawidzę wstawać! Dlaczego ludzie nie mogą zrozumieć mojej miłości? Przecież to takie piękne połączenie! Dobra! Już dobra! Wstaję! Zgramoliłam się powoli z łóżka i.. Zaraz! Wróć! Przecież zasnęłam na kanapie.. Pewnie tata mnie przeniósł.. Będę musiała mu podziękować. Ruszyłam do łazienki, tam wykąpałam się i zrobiłam delikatny makijaż. Owinięta ręcznikiem podeszłam do szafy i wybrałam ubrania. Gotowa zeszłam do kuchni, gdzie zastałam tatę.
-Hej, tatuś.-przywitałam się i dałam całusa w policzek
-Cześć, księżniczko. I jak było wczoraj na zakupach?
-Hmmm.. Było.. Ciekawie. Ale to nie ważne! Opowiadaj jak na tym spotkaniu! - powiedziałam entuzjastycznie.
-No więc...-zaczął nawijać niczym robot. Ja wzięłam się za śniadanie. Zrobiłam sobie dwie kanapki z serem i pomidorem. Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść. -..i wychodzi na to, że będziemy się widywać jeszcze rzadziej. - zakończył swój monolog, a ja aż zakrztusiłam się kanapką.
-Słucham!? Jak to "Będziemy się widywać jeszcze rzadziej"?-oburzyłam się
-Emm.. Jako ich menager będę musiał wyjeżdżać z nimi wszędzie.. Wiesz.. Trasy, koncerty, wywiady i tak dalej..
-Jeśli to cie będzie uszczęśliwiać..-mruknęłam, zabrałam torebkę i szybkim krokiem wyszłam z domu. Słyszałam jeszcze nawoływania taty, abym poczekała, ale było mi wszystko jedno. Założyłam okulary na nos, odpaliłam silnik i odjechałam. Po 15 minutach byłam już w pracy. Przebrałam się w mundur, spięłam włosy w koka (czyli czarne szpilki, granatowa spódnica przed kolano, granatowa marynarka z mnóstwem odznak, całość dopełniała również granatowa furażerka, biała, jedwabna koszula i czarny pasek w talii), poprawiłam tabliczkę z nazwiskiem i ruszyłam do biura. Zajęłam swoje stanowisko przy biurku i zanurzyłam nos w papierach. [...]

*tydzień później*

-Rose, telefon! - zawołał Jake.
-Która?
-Na piątce.
-Dzięki! - odkrzyknęłam - Słucham? - podniosłam słuchawkę.
-Dzień dobry. Pani Rosemary Higgins?-zapytała kobieta po drugiej stronie
-Tak to ja. O co chodzi?
-Chodzi o pani ojca. 2 godziny temu miał wypadek. Prosiłabym o niezwłoczne przyjechanie do szpitala św.Heleny.- do moich oczu cisnęły się łzy.
-Oczywiście.. Postaram się przyjechać jak najszybciej. Dziękuje za informacje.- odpowiedziałam drżącym głosem
-Również dziękuje.
Niczym rakieta popędziłam do pokoju przełożonego. Zapukałam.
-Prosze!-usłyszałam i weszłam -Witaj Rosemary. Stało się coś?
Za biurkiem siedział Pan Johnnatan Smith.
-T-tak. Mój tata miał wypadek. Czy mogłabym...-nie dokończyłam, bo Smith mi przerwał
-Oczywiście.. Jedź w mundurze, nie trać czasu, a później zadzwoń i powiedz czy wszystko w porządku, ok?
-Jasne.. Dziękuje!-i wyszłam z gabinetu.
Poprawiłam czapkę i ruszyłam korytarzem ku wyjściu. Truchtem podbiegłam do samochodu i z piskiem opon odjechałam. Po ok.20 minutach byłam pod budynkiem szpitala. Pobiegłam do wejścia i zatrzymałam się przy informacji.
-Dzień dobry. W jakiej sali leży Paul Higgins?
-A pani jest...?-zmierzyła mnie wzrokiem.. I raczej... zdziwił ją mundur.
-Córką. Rosemary Higgins.-wskazałam na plakietkę po lewej stronie klatki piersiowej.
-Emm... Sala 500 piętro 3.-powiedziała z uśmiechem
-Dziękuje..-i ruszyłam w kierunku schodów.
Nigdy nie lubiłam jeździć windami. Mimo że, byłam w szpilkach, biegało mi się dość wygodnie...

I piętro... II piętro... III piętro! Nareszcie! Weszłam z powrotem na główny hol i zaczęłam rozglądać sie za salą. Mam! 496.. 497.. 498.. 499.. I zobaczyłam szklane drzwi z napisem "Oiom" i tabliczkę ze strzałką w strone drzwi i liczbą 500 i 500+. Po raz kolejny dzisiaj łzy popłynęły po moich policzkach. Pchnęłam drzwi i zobaczyłam kolejne szklane drzwi. A na nich 500. Podeszłam do nich i zaparło mi dech. W przerażeniu przyłożyłam rękę do ust. Przez szybę doskonale było widać wszystkie maszyny ukazujące czynności życiowe i miliony  kabelków podłączonych do taty. Pielęgniarka właśnie coś poprawiła. O już wychodzi!
-Przepraszam.. -zaczepiłam ją - Jestem Rosemary Higgins.. Co z moim tatą? - wskazałam delikatnie na drzwi
-Może zaprowadzę panią do lekarza? On wszystko pani wyjaśni.-zaproponowała. Po chwili siedziałam w gabinecie lekarskim, a na przeciwko mnie siedział lekarz z siwym wąsem.
-Tak więc.. Pani ojciec został przewieziony do nas z ciężkimi obrażeniami wewnętrznymi i urazem czaszki. Sytuacja została opanowana, lecz wydolność płuc nie jest taka jak powinna. Dlatego też, trzymamy go tutaj. Czy pani tata pali lub palił?
-Tak, owszem. Od ponad dziesięciu lat. - wyjaśniłam
-Teraz to zrozumiałe. Chce pani zobaczyć tatę?-zapytał z niemym uśmiechem. Ja odpowiedziałam pokiwaniem głową na 'tak'. Dopiero teraz zauważyłam, że przed salą siedzi piątka chłopaków.. Siedzieli ze spuszczonymi głowami, więc nie mogłam ich jako-tako rozpoznać. Ale przecież jechał do tego zespołu, więc to może oni. Za lekarzem weszłam do sali. Usiadłam na krzesełku obok łóżka, wzięłam prawą dłoń taty w swoje i przyłożyłam ją do swojego policzka. Kolejne strumienie łez popłynęły się po moich policzkach. Dlaczego on? Dlaczego nie ja? Nagle poczułam, że dłoń taty ścisnęła moją. Uchyliłam powieki i spojrzałam na twarz taty. Uśmiechał się. Bardzo delikatnie, ale się uśmiechał. Przesiadłam się z krzesełka obok taty i przytuliłam się. Tak po prostu. Tata zamknął mnie w swoich ramionach. Trwaliśmy w uścisku może kilka minut. Uścisk taty zaczął słabnąć, więc odsunęłam się od niego kawałek.
-Rosie. Zawsze byłaś moją małą księżniczką.. I zawsze będziesz. Jestem z Ciebie taki dumny. Nawet nie wiesz jak bardzo. Żałuję, że musisz patrzeć na mnie w takim stanie. Jeśli umrę, proszę...-mówił cichym i zachrypniętym głosem.
-Nie tato.. Ty nie umrzesz.. Nie możesz.. Nie możesz zostawić mnie tu samej, rozumiesz? Nie przeżyje bez Ciebie.! Zrobię wszystko, żebyś tylko wyzdrowiał.. Słyszysz? Wszystko! - po raz setny, a może tysięczny łzy pocisnęły mi się na policzki. Tata zaczął kaszleć. Chciałam pójść po lekarza, ale tata mnie pociągnął mnie za rękaw marynarki.
-Już dobrze.. Jest ok. Dziękuje Rosie..-i znów mnie przytulił. Rosie. Zawsze tak na mnie mówił. Nawet gdy coś zbroiłam. Nigdy nie powiedział na mnie Rose, czy Mary. Nic z tych rzeczy. Zawsze byłam małą Rosie. Zawsze chciałam by tata powiedział, że jest ze mnie dumny. Zawsze powtarzał "Chcesz do czegoś dojść? Nie poddawaj się i bądź silna". Nie lubiłam, gdy ktoś obcy mnie chwalił. Chciałam, żeby to był tata.
Do sali weszła pielęgniarka i kazała mi ją opuścić, bo już koniec odwiedzin. No w sumie.. Było już po drugiej w nocy. Wyszłam na główny hol, przystanęłam przy ścianie i ściągnęłam buty. Nogi mnie nie bolały, ale byłam już bardzo zmęczona. Wolnym krokiem przemierzałam korytarz, schody, aż w końcu wkroczyłam na parking. Wsiadłam do samochodu i oparłam się o kierownice. Nie miałam siły już płakać. Odpaliłam samochód i po 15 minutach byłam już w domu. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam piżamę. Nie zasnę. Nie ma mowy. Weszłam na piętro i bez zastanowienia ruszyłam do pokoju na końcu korytarza. Otworzyłam delikatnie drzwi, a one potwierdziły to cichym skrzypnięciem. Przez okno wpadało światło księżyca. Zapaliłam małą lampkę stojącą na pianinie i usiadłam przy nim. Wzięłam ołówek do ręki i zaczęłam zapisywać nuty, co jakiś czas sprawdzając brzmienie na klawiaturze. To chyba była jedna z chwil słabości. To mama uczyła mnie grać.. Pomagała też wyćwiczyć głos. Gdy zmarła znienawidziłam granie i śpiewanie. Podobno mam talent, ale..To wszystko mi o niej przypomina.. Przerwałam swoje rozmyślenia, bo wiedziałam, że kolejne wspomnienia o mamie doprowadzą do kolejnych łez... Brakowało mi jej. Tak cholernie mi jej brakowało. Przekartkowałam stary notes i zauważyłam, że na kilku kartkach są zapisane nuty, a pod nimi słowa. Ułożyłam zeszyt na podstawce i zaczęłam grać. Gdy się wczułam - dołączyłam śpiew.. Wyszło, jak wyszło. Mniej więcej tak. Prześledziłam jeszcze raz kartki z nutami i dostrzegłam mały napisik. "Dla Rosie. Kocham Cię, moja mała. Na zawsze będę w twoim serduszku. 01.05.2001r."  1 maja czyli... Cztery dni przed jej śmiercią... Ja nie potrafiłam pisać piosenek. To mama je pisała i dawała do grania, a ona w tym czasie śpiewała. Przejrzałam nuty, które napisałam i zagrałam. Dodałam napis "To Mommy". Zagrałam to kilka razy, zgasiłam lampkę i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Udałam się do siebie. Z westchnieniem opadłam na łóżko i zaczęłam rozmasowywać palce. Mogłam o tym wcześniej pomyśleć.. Tsaa.. Spojrzałam na zegarek stojący na półeczce. 4:43. Już tak wcześnie? O Boże! Nie wstanę do pracy. Ugh! Chyba i tak poproszę o urlop. Mam jeszcze jakieś tam nie wykorzystane wolne dni. Poza tym w tej sytuacji chciałabym spędzić więcej czasu z tatą. Pogadam o tym jutro z przełożonym. A właściwie to dzisiaj. Opatuliłam się kołdrą i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

niedziela, 2 września 2012

S01E01

-Amy, postaraj się! Wiem, że potrafisz! Cody! Nie ociągaj się! Angie, biegiem! Raz, raz! - moje gardło chyba przyzwyczaiło się do krzyku.. Wczoraj przyjęliśmy trzech rekrutów i są całkiem nie źli, ale troszke leniwi. [...]
Ugh! Annie! Uduszę Cię kiedyś... Tak właśnie zadzwoniła do mnie przyjaciółka, która kończyła zmianę godzinę wcześniej, że zapomniała odebrać ubrań z pralni, a korzystając, że mam po drodze przecież "moge je odebrać".. O i przy okazji oddam mundur do czyszczenia...Nevermind.. O Gosh! Czym prędzej wyszłam z samochodu, wcześniej parkując go na niewielkim parkingu, tuż przy pralni. Wyjęłam z bagarznika pokrowiec z mundurem i popędziłam do budynku. Cóż.. Chdzenie w takich butach nie jest w cale takie proste, jakby się zdawało. Do wejścia miałam jakieś 100 metrów, gdy nagle się z kimś zderzyłam. Tym "kimś" był brunet z aviatorani na nosie. Miał na sobie granatową marynarkę, białą bluzkę w czerwone paski i czerwone rurki podwinięte do kostek. Całość dopełniały białe trampki. No gościu, ma fajną stylówe, że tak się wyraże.
-Przepraszam.. Nia zauwarzyłam cię..-wymamrotałam
-Nie no spoko.. Każdemu się może zdarzyć..-wyszczerzył się, pokazując rządek białych ząbków. Obdarowałam go tym samym - Jestem Louis. - wyciągnął rękę
-Rosemary -uścisnełam jego dłoń - Miło było mi cię poznać, Lou, ale bardzo się spieszę. Pa
-Cześć i - mam nadzieję - do zobaczenia! - odpowiedział i ruszyłam w kierunku tej nieszczęsnej pralni. Odebrałam ciuchy Ann i znów przemierzyłam odleglość do samochodu. Odjechałam, wcześniej wrzucajac ubrania do bagażnika. Dlaczego się śpieszę? Dostałam wiadomość od taty, że ma do mnie ważną sprawę.. A jeśli Paul Higgins mówi, że coś jest ważne, to naprawdę tak jest. Ostatnia jego ważną sprawą był list ze szkoły mundurowej z odpowiedzią na podanie. Wjechałam na podjazd i zgasiłam silnik. Wysiadłam, zabrałam ubrania Annie i weszłam do domu.
-Hej tato! Już jestem! - powiedziałam wchodząc do salonu i odkładając ciuchy przyjaciółki na fotel.
-Jestem w kuchni - odpowiedział mi głos taty. Bez niczego ruszyłam w tamtym kierunku.
tata siedział przy wyspie na wysokim krześle barowym i popijał kawę. Przywitałam się z nim całusem w policzek.
-No to co to za ważna sprawa? - zapytałam wstawiając wodę na kawę dla siebie. Póki co usiadłam obok taty.
-Rzuciłem prace jakieś dwa dni temu - już chciałam przerwać, ale gestem ręki pokazał, abym nie przerywała - i dzisiaj dostałem bardzo ciekawą propozycję.. Zgodziłem się, bo to bardzo luźna praca..
-Co masz na mysli mówiąc "luźna praca"?
-Zostałem menagerem zespołu.. Boysbandu właściwie.. Jeszcze dzisiaj do nich jade, żeby wszystko ustalić.. Jedziesz ze mną? -wstałam i zalałam sobie kawę. Upiłam łyk goracego napoju opierając się tyłkiem o blat.
-Nie tato.. Chcialam troche czasu spędzić z Ann.. Poza pracą nie widujemy się już tak często.. Dostałam wyższy stopień i mam mniej czasu.. Muszę ją jakoś udobruchać.. Może wybierzemy się na jakieś zakupy, ale nie wiem.. sie jeszcze zobaczy..
-Ok. Zbieram się, bo już 15:30. Bawcie się dobrze.. Ja bede wieczorem.Uważaj na siebie, księżniczko.-ucałował mnie w czoło i wyszedł, zabierając jakąc teczke..
Ruszyłam do swojego pokoju. Wybrałam ubrania w jakich podbiję dzisiaj Centrum Handlowe i poszłam do łazienki. Szybko się wykompałam, poprawiłam makijaż i odziałam się. Włosy zostawiłam rozpuszczone.
Zeszłam po schodach, wcześniej sprawdzając czy wszystko mam, zabrałam ubrania Soph i wyszłam z domu zamykając go. Idąc powoli dotarłam do domu obok. Grzecznie zapukałam, a po chwili otworzyła mi przyjaciółka. Zaprosiła mnie do środka.
-Trzymaj kotku i zbieraj dupcie.. Idziemy się poszwędać!-dałam jej ubrania, a ona migiem poleciała się przebrać z za dużej koszulki, chyba Brian'a i któtkich spodenek. Po nie całych 10 minutach ujrzałam Ann gotową do wyjścia. Wyszłysmy z domu, wsiadłyśmy do jej samochodu i pojechałyśmy do centrum. [...]
Po bitych 2 godzinach łażenia w tą i z powrotem po sklepach udałyśmy się do McDonald's po McFlurry.
Odebrałyśmy zamówienie i poszłyśmy dalej.
-Poczekaj na mnie chwilkę ja skocze po gazetę.- poprosiła Ann.
-Jasne. Będę czekać tam, przy stoliku.- wskazałam i ruszyłam w jej kierunku obładowana torbami.
Siedziałam sobie i jadłam McFlurry od dobrych 10 minut i grałam w Angry birds.. Jak długo można kupywać gazetę? Bożeeee...-westchnęłam.
-Hej, Słońce! Dasz mi swój numer? -ktoś. Oderwałam się od tej znakomitej gry..(czujecie sarkazm? nie? a ja tak!) Spojrzałam na tego gościa, a tam kto? Jakiś chłopak, na pewno młodszy ode mnie, z burzą brązowych loków na głowie, uroczymi dołeczkami i zielonymi oczami. Ubrany w szarą marynarkę, białą bluzkę z dekoltem V i bordowe rurki. Cienki tekst na podryw..
-Cześć, Słońce! Nie. - mruknęłam i posłałam mu buziaka. Słyszałam tylko głośny rechot za plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam czwórkę chłopaków. Louis? Ostatni, gdy zobaczył, że ja to ja, od razu przestał się śmiać. A jego mina? Bezcenna. Podeszli do nas.
-Hej, Rosemary-powiedział zmieszany Lou
-Wystarczy Rose i siemka..
-Znacie się- zdziwił się, jak zdążyłam się dowiedzieć, Harry.  O! Akurat wróciła Annie.
-Mary! Zbieraj tyłek! Jedziemy do pracy -westchnęła
-Co? Przecież miałyśmy mieć wolne!
-Rekruci się buntują.. Stwierdzili, że wieczorny trening chcą mieć z Tobą, a jak nie to nie będą ćwiczyć.
-Ja pierdole- mruknęłam- Dobra to idziemy... Sorry chłopaki. Praca wzywa..Ile mamy czasu?-przeprosiłam i zwróciłam się do przyjaciółki
-Niecałe 15 minut.. Ja nie dojadę w tyle na drugi koniec miasta!
-Oddawaj kluczyki, kochanie - uśmiechnęłam się szyderczo, wzięłam kluczyki i poszłyśmy. [...]
W niecałe 10 minut byłyśmy pod bramą wojska. Uśmiechnęłam się i pokazałam przepustkę David'owi, który stał na dyżurce.[...]
Dwu godzinny trening minął dość szybko. Jest ok.19, a u mnie w domu ciemno. Taty jeszcze nie było, więc weszłam i zamknęłam drzwi na zamek. Tata przecież ma klucze. Byłam padnięta. Wykąpałam się ubrałam zwykłe, szare dresy i czarną bokserkę. Włosy spięłam w luźnego koka. Było za wcześnie, żebym poszła spać, bo moja norma to 23-24, więc zrobiłam sobie popcorn, zaopatrzyłam się w pudełko chusteczek i usiadłam przed telewizorem włączając jakąś komedie romantyczną. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.