niedziela, 9 września 2012

S01E02

Ugh! Jak ja nienawidzę wstawać! Dlaczego ludzie nie mogą zrozumieć mojej miłości? Przecież to takie piękne połączenie! Dobra! Już dobra! Wstaję! Zgramoliłam się powoli z łóżka i.. Zaraz! Wróć! Przecież zasnęłam na kanapie.. Pewnie tata mnie przeniósł.. Będę musiała mu podziękować. Ruszyłam do łazienki, tam wykąpałam się i zrobiłam delikatny makijaż. Owinięta ręcznikiem podeszłam do szafy i wybrałam ubrania. Gotowa zeszłam do kuchni, gdzie zastałam tatę.
-Hej, tatuś.-przywitałam się i dałam całusa w policzek
-Cześć, księżniczko. I jak było wczoraj na zakupach?
-Hmmm.. Było.. Ciekawie. Ale to nie ważne! Opowiadaj jak na tym spotkaniu! - powiedziałam entuzjastycznie.
-No więc...-zaczął nawijać niczym robot. Ja wzięłam się za śniadanie. Zrobiłam sobie dwie kanapki z serem i pomidorem. Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść. -..i wychodzi na to, że będziemy się widywać jeszcze rzadziej. - zakończył swój monolog, a ja aż zakrztusiłam się kanapką.
-Słucham!? Jak to "Będziemy się widywać jeszcze rzadziej"?-oburzyłam się
-Emm.. Jako ich menager będę musiał wyjeżdżać z nimi wszędzie.. Wiesz.. Trasy, koncerty, wywiady i tak dalej..
-Jeśli to cie będzie uszczęśliwiać..-mruknęłam, zabrałam torebkę i szybkim krokiem wyszłam z domu. Słyszałam jeszcze nawoływania taty, abym poczekała, ale było mi wszystko jedno. Założyłam okulary na nos, odpaliłam silnik i odjechałam. Po 15 minutach byłam już w pracy. Przebrałam się w mundur, spięłam włosy w koka (czyli czarne szpilki, granatowa spódnica przed kolano, granatowa marynarka z mnóstwem odznak, całość dopełniała również granatowa furażerka, biała, jedwabna koszula i czarny pasek w talii), poprawiłam tabliczkę z nazwiskiem i ruszyłam do biura. Zajęłam swoje stanowisko przy biurku i zanurzyłam nos w papierach. [...]

*tydzień później*

-Rose, telefon! - zawołał Jake.
-Która?
-Na piątce.
-Dzięki! - odkrzyknęłam - Słucham? - podniosłam słuchawkę.
-Dzień dobry. Pani Rosemary Higgins?-zapytała kobieta po drugiej stronie
-Tak to ja. O co chodzi?
-Chodzi o pani ojca. 2 godziny temu miał wypadek. Prosiłabym o niezwłoczne przyjechanie do szpitala św.Heleny.- do moich oczu cisnęły się łzy.
-Oczywiście.. Postaram się przyjechać jak najszybciej. Dziękuje za informacje.- odpowiedziałam drżącym głosem
-Również dziękuje.
Niczym rakieta popędziłam do pokoju przełożonego. Zapukałam.
-Prosze!-usłyszałam i weszłam -Witaj Rosemary. Stało się coś?
Za biurkiem siedział Pan Johnnatan Smith.
-T-tak. Mój tata miał wypadek. Czy mogłabym...-nie dokończyłam, bo Smith mi przerwał
-Oczywiście.. Jedź w mundurze, nie trać czasu, a później zadzwoń i powiedz czy wszystko w porządku, ok?
-Jasne.. Dziękuje!-i wyszłam z gabinetu.
Poprawiłam czapkę i ruszyłam korytarzem ku wyjściu. Truchtem podbiegłam do samochodu i z piskiem opon odjechałam. Po ok.20 minutach byłam pod budynkiem szpitala. Pobiegłam do wejścia i zatrzymałam się przy informacji.
-Dzień dobry. W jakiej sali leży Paul Higgins?
-A pani jest...?-zmierzyła mnie wzrokiem.. I raczej... zdziwił ją mundur.
-Córką. Rosemary Higgins.-wskazałam na plakietkę po lewej stronie klatki piersiowej.
-Emm... Sala 500 piętro 3.-powiedziała z uśmiechem
-Dziękuje..-i ruszyłam w kierunku schodów.
Nigdy nie lubiłam jeździć windami. Mimo że, byłam w szpilkach, biegało mi się dość wygodnie...

I piętro... II piętro... III piętro! Nareszcie! Weszłam z powrotem na główny hol i zaczęłam rozglądać sie za salą. Mam! 496.. 497.. 498.. 499.. I zobaczyłam szklane drzwi z napisem "Oiom" i tabliczkę ze strzałką w strone drzwi i liczbą 500 i 500+. Po raz kolejny dzisiaj łzy popłynęły po moich policzkach. Pchnęłam drzwi i zobaczyłam kolejne szklane drzwi. A na nich 500. Podeszłam do nich i zaparło mi dech. W przerażeniu przyłożyłam rękę do ust. Przez szybę doskonale było widać wszystkie maszyny ukazujące czynności życiowe i miliony  kabelków podłączonych do taty. Pielęgniarka właśnie coś poprawiła. O już wychodzi!
-Przepraszam.. -zaczepiłam ją - Jestem Rosemary Higgins.. Co z moim tatą? - wskazałam delikatnie na drzwi
-Może zaprowadzę panią do lekarza? On wszystko pani wyjaśni.-zaproponowała. Po chwili siedziałam w gabinecie lekarskim, a na przeciwko mnie siedział lekarz z siwym wąsem.
-Tak więc.. Pani ojciec został przewieziony do nas z ciężkimi obrażeniami wewnętrznymi i urazem czaszki. Sytuacja została opanowana, lecz wydolność płuc nie jest taka jak powinna. Dlatego też, trzymamy go tutaj. Czy pani tata pali lub palił?
-Tak, owszem. Od ponad dziesięciu lat. - wyjaśniłam
-Teraz to zrozumiałe. Chce pani zobaczyć tatę?-zapytał z niemym uśmiechem. Ja odpowiedziałam pokiwaniem głową na 'tak'. Dopiero teraz zauważyłam, że przed salą siedzi piątka chłopaków.. Siedzieli ze spuszczonymi głowami, więc nie mogłam ich jako-tako rozpoznać. Ale przecież jechał do tego zespołu, więc to może oni. Za lekarzem weszłam do sali. Usiadłam na krzesełku obok łóżka, wzięłam prawą dłoń taty w swoje i przyłożyłam ją do swojego policzka. Kolejne strumienie łez popłynęły się po moich policzkach. Dlaczego on? Dlaczego nie ja? Nagle poczułam, że dłoń taty ścisnęła moją. Uchyliłam powieki i spojrzałam na twarz taty. Uśmiechał się. Bardzo delikatnie, ale się uśmiechał. Przesiadłam się z krzesełka obok taty i przytuliłam się. Tak po prostu. Tata zamknął mnie w swoich ramionach. Trwaliśmy w uścisku może kilka minut. Uścisk taty zaczął słabnąć, więc odsunęłam się od niego kawałek.
-Rosie. Zawsze byłaś moją małą księżniczką.. I zawsze będziesz. Jestem z Ciebie taki dumny. Nawet nie wiesz jak bardzo. Żałuję, że musisz patrzeć na mnie w takim stanie. Jeśli umrę, proszę...-mówił cichym i zachrypniętym głosem.
-Nie tato.. Ty nie umrzesz.. Nie możesz.. Nie możesz zostawić mnie tu samej, rozumiesz? Nie przeżyje bez Ciebie.! Zrobię wszystko, żebyś tylko wyzdrowiał.. Słyszysz? Wszystko! - po raz setny, a może tysięczny łzy pocisnęły mi się na policzki. Tata zaczął kaszleć. Chciałam pójść po lekarza, ale tata mnie pociągnął mnie za rękaw marynarki.
-Już dobrze.. Jest ok. Dziękuje Rosie..-i znów mnie przytulił. Rosie. Zawsze tak na mnie mówił. Nawet gdy coś zbroiłam. Nigdy nie powiedział na mnie Rose, czy Mary. Nic z tych rzeczy. Zawsze byłam małą Rosie. Zawsze chciałam by tata powiedział, że jest ze mnie dumny. Zawsze powtarzał "Chcesz do czegoś dojść? Nie poddawaj się i bądź silna". Nie lubiłam, gdy ktoś obcy mnie chwalił. Chciałam, żeby to był tata.
Do sali weszła pielęgniarka i kazała mi ją opuścić, bo już koniec odwiedzin. No w sumie.. Było już po drugiej w nocy. Wyszłam na główny hol, przystanęłam przy ścianie i ściągnęłam buty. Nogi mnie nie bolały, ale byłam już bardzo zmęczona. Wolnym krokiem przemierzałam korytarz, schody, aż w końcu wkroczyłam na parking. Wsiadłam do samochodu i oparłam się o kierownice. Nie miałam siły już płakać. Odpaliłam samochód i po 15 minutach byłam już w domu. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam piżamę. Nie zasnę. Nie ma mowy. Weszłam na piętro i bez zastanowienia ruszyłam do pokoju na końcu korytarza. Otworzyłam delikatnie drzwi, a one potwierdziły to cichym skrzypnięciem. Przez okno wpadało światło księżyca. Zapaliłam małą lampkę stojącą na pianinie i usiadłam przy nim. Wzięłam ołówek do ręki i zaczęłam zapisywać nuty, co jakiś czas sprawdzając brzmienie na klawiaturze. To chyba była jedna z chwil słabości. To mama uczyła mnie grać.. Pomagała też wyćwiczyć głos. Gdy zmarła znienawidziłam granie i śpiewanie. Podobno mam talent, ale..To wszystko mi o niej przypomina.. Przerwałam swoje rozmyślenia, bo wiedziałam, że kolejne wspomnienia o mamie doprowadzą do kolejnych łez... Brakowało mi jej. Tak cholernie mi jej brakowało. Przekartkowałam stary notes i zauważyłam, że na kilku kartkach są zapisane nuty, a pod nimi słowa. Ułożyłam zeszyt na podstawce i zaczęłam grać. Gdy się wczułam - dołączyłam śpiew.. Wyszło, jak wyszło. Mniej więcej tak. Prześledziłam jeszcze raz kartki z nutami i dostrzegłam mały napisik. "Dla Rosie. Kocham Cię, moja mała. Na zawsze będę w twoim serduszku. 01.05.2001r."  1 maja czyli... Cztery dni przed jej śmiercią... Ja nie potrafiłam pisać piosenek. To mama je pisała i dawała do grania, a ona w tym czasie śpiewała. Przejrzałam nuty, które napisałam i zagrałam. Dodałam napis "To Mommy". Zagrałam to kilka razy, zgasiłam lampkę i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Udałam się do siebie. Z westchnieniem opadłam na łóżko i zaczęłam rozmasowywać palce. Mogłam o tym wcześniej pomyśleć.. Tsaa.. Spojrzałam na zegarek stojący na półeczce. 4:43. Już tak wcześnie? O Boże! Nie wstanę do pracy. Ugh! Chyba i tak poproszę o urlop. Mam jeszcze jakieś tam nie wykorzystane wolne dni. Poza tym w tej sytuacji chciałabym spędzić więcej czasu z tatą. Pogadam o tym jutro z przełożonym. A właściwie to dzisiaj. Opatuliłam się kołdrą i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

3 komentarze:

  1. Świetny blog! Czeekam na następny rozdział! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pewna, że oni go głodzą!:P
    A co do rozdziału to tak, jest bardzo wzruszający. Na prawdę łezka zakręciła sie w oku.
    Bardzo fajny blog. Oby tak dalej moja droga.
    Pozdrawiam, Magda

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie podoba mi się końcówka, jest piękna :') Rosie tak czule myśli o mamie i te wszystkie wspomnienia.. Ahh ♥

    OdpowiedzUsuń