sobota, 22 września 2012

S01E03

Półtorej godziny snu, to zdecydowanie za mało. Zgramoliłam się z łóżka i podeszłam do okna. Pogoda nie była jakaś piękna, więc wyciągnęłam z szafy ubrania i poszłam do łazienki. Po piętnastu minutach wyszłam przebrana i pomalowana. Zeszłam na dół, sparzyłam sobie kawę i zrobiłam płatki z mlekiem <tak wiem, bardzo odżywcze śniadanie>. Równo o 6:30 wyszłam z domu, uprzdnio zamykając go. Wsiadłam do samochodu i odjechałam. Mogłabym jakoś załatwić urlop telefonicznie, ale wolałabym osobiście. Podjechałam pod bramę, pokazałam przepustkę i zaparkowałam na parkingu dla pracowników. [...]
Tak! Wszystko załatwione! Co prawda po dwóch godzinach zapewniania, że jest ok i sie "trzymam", mam tydzień wolnego i obiecałam sobnie, że ten tydzień spędzę z tatą. Mój przełożony jest na tyle miły, że chciał mi dać dwa tygodnie, ale stanowczo odmówiłam. Poza tym, co ja bym robiła przez te dwa tygodnie sama w domu? Tak przynajmniej będę miała jakieś zajęcie. Po ok 30 minutach byłam w szpitalu. Poprawiłam zerówki, które miałam na nosie i ruszyłam na III piętro. Przeszłam przez drzwi, założyłam ten dziwny fartuch i już chciałam wejść do sali, gdy przez szybę zobaczyłam puste, zaścielone łóżko. W sali było pusto. Przecież on nie mógł...! Pobiegłam do lekarskiego, zapukałam i od razu weszłam.
-Dzień dobry. Czy mogłabym się dowiedzieć gdzie jest mój tata? - zwróciłam się do lekarza, z którym rozmawiałam wczoraj.
-Ahh.. To pani. Higgins, tak? - skinęłam głową, a on spojrzał w jakieś karty - Umm.. Sala 219 na II piętrze.
-Uff.. Dziękuje! - i tyle mnie widzieli.
Zbiegając po schodach omijałam co drugi schodek, aż w końcu dotarłam do drzwi. Przebiegłam przez główny hol, taranując przy tym pielęgniarki i pozostałych ludzi. W końcu dotarłam do sali 219 i wpadłam tam jak burza. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam uśmiechniętego tatę, leżącego na łóżku. Podbiegłam do niego.
-Boże! Tato, nawet nie wiesz jak się martwiłam! - wyszlochałam w zagłębienie w jego szyi.
-Hej.. Słoneczko! Nie płacz już.. Wszystko jest ok, tak? - Odsunął mnie od siebie na odległość ramion, ciągle trzymając na nich dłonie. Kiwnęłam głową i znów się przytuliłam.
-Emmm.. tato.. Od teraz palisz mniej. - powiedziałam stanowczym głosem
-Nienawidzę, gdy mówisz takim tonem - uśmiechnął się lekko - Oj, Rosie.. - westchnął.
Pogadaliśmy trochę, pośmialiśmy się i w mirę możliwości wygłupialiśmy..
-Zupełnie jak kiedyś - wypalił tata. Chyba raczej nie jak kiedyś. Nie ma mamy..
-Tak... Jak kiedyś... - powiedziałam cicho i wgapiłam się w widok za oknem.
-Rosie.. Mi też było trudno.. I nadal jest..  Tak bardzo chciałbym, żeby ty była. Chciałbym, żeby widziała jak się uśmiechasz, jak się złościsz, jak sie zmieniasz, jakie sukcesy odnosisz.. Sama wiesz.. - westchnął.
-Wiem tato. - uśmiechnęłam się lekko.
Włączyliśmy TV i tata przejął pilot.. Hahaha włączył sobie "Licealne ciąże"! Wiem, wiem. Ułożyłam się obok taty na łóżku i wtuliłam w jego pierś. Nadal oglądaliśmy "Licealne ciąże", gdy tu nagle drzwi otwierają się z przysłowiowego kopa i ktoś wchodzi. Nawet nie chciało mi się oderwać wzroku od telewizora.
-Paul, kochanie!! Przybyliśmy! Twój świat stał się lepszym! - Wydarł się ktoś.
-Taaa. Nie wątpie. - mruknął tata, co skomentowałam cichym chichotem.
-O! A cóż to za piękna dziewoja, która spoczywa obok Ciebie - zaraz, zaraz... Ja znam ten głos.
-Aaa.. No to moja córka.. Rose. - obróciłam głowę i zamarłam.
-Louis? - zdziwiłam się
-Rosemary? No cześć! - zdziwienie przeobraziło się w ogromny uśmiech. Pomachał mi energicznie. Odmachałam.

-Boże! Co wy oglądacie!? Weźcie to przełączcie!! - wykrzyknął Zayn.
Specjalnie na jego życzenie przełączyłam na MMA. Uwielbiam to, co było wielkim zdziwieniem dla... jaki już zdążyłam się dowiedzieć One Direction. Niby tacy sławni na cały świat, to czemu nigdy o nich nie słyszałam?

Cóż.. Z chłopakami nie da się nudzić. Zaliczyłam glebę z łóżka, ścigałam się z Horanem na wózkach, z co dostaliśmy opieprz od pielęgniarek, ale to szczegół. Poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że jeśli stan taty będzie się taki jak teraz to wyjdzie pod koniec tygodnia. Właśnie gadaliśmy sobie, ale przerwał nam mój telefon. Przeprosiłam i odebrałam
*rozmowa*
-Hej, Mary! Tu Eric. Mam sprawę.
-Umm.. Mów dalej..
-Bo jak ty teraz masz ten urlop i wiem, że nie powinienem ci przeszkadzać, ale musisz mi pomóc! Prosze!
-No ale o co chodzi!
-No bo ja przejąłem Twoje stanowisko na te pare dni i te papiery, i sie nie mogę w nich połapać.. Mogłabyś do mnie wpaść? - spojrzałam na tatę. Nie chciałam jechać, ale od czego są przyjaciele?
-Taa.. Będę za jakieś pół godziny. Do zobaczenia.
-Jesteś wielka! Paaa!
*koniec rozmowy*
-Tatuuuś..- posłałam mu przepraszający uśmiech i delikatnie przygryzłam dolną wargę
-Jedź, jedź... Tylko powiedz gdzie..-poruszał brwiami. Zmroziłam go wzrokiem.
-Do Erica. Pomogę mu ogarnąć papiery i wpadnę wieczorem, ok?
-Ahh... Do Erica, mówisz? Hmm..-znacząco poruszał brwiami
-Tato! Błagam Cie! Paa..- Pożegnałam się i wyszłam. [...]
Wytłumaczyłam wszystko co i jak, Ericowi. Pomogłam mu troszke ogarnąć te papiery. Pojechałam do domu, zrobiłam sobie obiad i chciałam odwiedzić Annie, ale przypomniało mi się, że przecież ona jest jeszcze w pracy. Napisałam jej sms, w którym poprosiłam o kontakt jak skończy zmianę. Posiedziałam chwilę przed telewizorem i około szesnastej, znów zbierałam się do szpitala. Po drodze zajechałam do salonu i kupiłam tacie nowy telefon. Zwykły, czarny iPhone. Podobny do mojego, tylko, że bez brokatowej flagi Francji, na klapce z tyłu. Co z tego, że byłam we Francji z pięć razy, jak nic nie zobaczyłam, nic nie zwiedziłam, czy coś... Zaparkowałam i ruszyłam ku drzwiom. Wdrapałam sie na II piętro i weszłam do sali taty. Chłopaki jeszcze tu siedzieli. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, powygłupialismy, w miarę możliwości - rzecz jasna. Około dwudziestej pierwszej zostaliśmy "uprzejmie" poproszeni o opuszczenie sali.. Grzecznie opuściliśmy szpital, wyszliśmy na parking i zatrzymaliśmy się przy moim samochodzie.
-Dobra chłopaki.. To.. do kiedyś tam.-powiedziałam i już chciałam wsiadać, lecz przeszkodziła mi czyjaś ręka na ramieniu. Odwróciwszy się zobaczyłam Liama.
-Jedziesz teraz do domu? - przytaknęłam - I będziesz tam SAMA? - znów kiwnęłam głową - No ty chyba sobie z nas jaja robisz!? Jedziesz do nas i bez żadnego ale! Dopóki Twój tata nie wyjdzie - mieszkasz u nas.
-Yyy.. nie.. Przecież nie będę wam siedziała na głowie. Z resztą zawsze mogę iść do przyjaciółki. - wystawiłam mu język.
-To było pytanie retoryczne. Jestem pewien, że oprzesz się takim oczkom! - odwrócił mnie przodem do reszty chłopaków i ujrzałam cztery pary słodkich paczadełek, niczym Kotek ze Shrek'a, wpatrujacych się we mnie. Pozostałam niewzruszona - teraz kocham moja prace, za naukę okazywania uczuć twarzą - i odwróciłam się z powrotem do Payn'a z kamienna twarzą. - O Boże!! Na nią to nie działa!! Na każdą to działa!!
-Problem w tym, że ja nie jestsm każda. - uśmiechnąłam sie triunfalnie. - Dobra! Pojade do was, ale najperw do siebie, po jakies ciuchy. Napisz mi adres. - z wielkim, sztucznym uśmiechem podałam mu telefon z zadaniem "notatka".
-Powaliło cie? I tak wiem, że byś nie przyjechała. Malik weź z nią pojedź. - Niech to szag! Prawie się udało.
-Wsiadaj Malik - westchnęłam zrezygnowana
-Hello! Ja też mam imie! Z-A- - zmroziłam go wzrokiem - To ja już może.. ten. - zamknął się i grzecznie wsiadł.
-Musisz mnie tego nauczyć.. Jak ty to robisz? - zagadnął Niall
-Lata praktyki.-odpowiedziełam
Zatrzymałam się przed domem. Otworzyłam drzwy pękiem kluczy, weszłam i zapaliłam światło.
-Rozgość sie, ja zaraz wracam. - powiedziawszy to zniknełam na schodach. Wzięłam z szafy torbę i zapakowałam do niej kilka bluzek, par spodni, trzy pary butów: emu, na słupku, czarne trampki za kostkę z ćwiekami i szarą, puchatą bluzę z kruliczymi uszami. Zapakowałam jeszcze kosmetyczkę i nerdy-zerówki: czerwone i żółte. A no! Ładowarka i słuchawki. Sprawdziłam wszystko i byłam gotowa. W salonie czekał na mnie mulat wpatrzony w telefon. Uśmiechał się głupkowato do ekranu. Kiedy mnie zobaczył, posłał w moją stronę ogromny uśmiech, który odwzajemniłam. Zapakowaliśmy się do samochodu, tyle, że Zayn za kierownicą. Gry on wyciągał rękę po kluczyki, ja swoją cofałam.
-Przecież ci nic z nim nie zrobie! Masz mnie za idiote? - uniósł prawą brew. Wyglądało to dość zabawnie
-Nie no, ale nie znam cie! Ot co. Nigdy w życiu nie dałam nikomu posiedzieć na miejscu kierowcy, a co dopiero prowadzić. Ugh! Masz! Czuj się zaszczycony. Ale zrobisz coś Stefanowi, to ja zrobie coś tobie - warknęłam i dałam mu kluczyki. Po piętnastu minutach jazdy zostaliśmy zatrzymani. Nie no! Zajebiście, nie ma co. Malik uchylił szybę i ukazała nam się blondwłosa policjantka z awiatorami na nosie.
-Podkomisarz Julie Redwick. Prawo jazdy i dowód rejestracyjny - wyciągnęłam dowód rej. z tego czegoś, co sie tak odchyla jak slońce świeci i podałam Julie. - A prawo jazdy? To jest dowód osobisty!
-Yyyy... Nie mam? - uśmiechnął się głupawo
-Jak to nie masz? - prawie krzyknęlam
-Rose? - zapytała Julie
-Hejka Juls.-pomachałam jej, zarzenowana sytuacją.
-Boże! Jak dawno cie nie widziałam. Od zakończenia szkoły!
-Taaa.. Myślałam, że wyjechałaś! Przenieśli cie?
-Myhm.. Ale trudno.. Tu jest lepiej - puściła mi oczko i spojrzala na Malika - I co ja mam z tobą zrobić...-zlustrowala dowód spojrzeniem -..panie Malik?
-Puścić wolno? - uśmiechnął się, pokazując rządek białych ząbków
-Oj, Rose Rose.. Jak cie kocham, to jedź dalej. -Zaśmiała się i pamachała lizakiem, abyśmy zjechali z pobocza.
Malik spojrzał na mnie podejrzliwie. Katem oka, co prawda, ale jednak.
-No co? - zapytałam ziytowana jego spojrzeniem
-Nic... Muszę się o Tobie jeszcze sporo dowiedzieć..
-Oj, sporo tego jest..-mruknęłam cicho i odwróciłam twarz w stronę okna.
Chłopaki mieszkali, ani to daleko, ani to blisko.. Ale dom był odrobinę większy niż mój. A mój i tak był ogromny. W wykłócaniu się o torbę, Malik wygrał. Stwierdzil, ze mam już jedną torebkę w której jest wiele nie porezebnych rzeczy, a on nie ma żadnej wiec ponoci moją. Zarzócił ją sobie na ramie i poszliśmy. Zayn otworzył drzwi i puścił mnie pierwszą.. Oh. Jaki gentelmen.. Nosi torbę, przepuszcza w drzwiach.. Haha.
Wrzasnął "jesteśmy" i ruszył przez korytarz.

4 komentarze:

  1. HEJ!
    Tak, tak. Wiem, że to już 3 rozdział z czego się cieszę.
    Jest ok tylko jak dla mnie trochę zbyt dynamiczny. Nie mogę się połapać o co chodzi :D
    Wiem, że krytyka jest przez każdego źle znoszona ale możesz pisać to mniej dynamicznie?? :)
    Bardzo mi si tu podoba i będę nadal to czytać ale taka mała prośba jest ode mnie... :)
    LWWY jest świetne!
    Kolejny blog? Czemu nie? Jeśli chcesz to pisz, ja będę czytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lol!
      Serio krytyka jest Aż tak źle znoszona!? o.O
      Dzięki, że powiadomiłaś mnie o tym, że "źle" się czyta. Każdą uwagę biorę sobie do serca. Przynajmniej wiem, jak uszczęśliwić czytelniczki ;P
      +cieszę się, że się podoba ;D

      Usuń
  2. lalalalalalalalaallaalalalalalala. świetne . <3 . Mozesz mnie poinformować o 4 rozdziale ? :) ;*


    [http://cher-and-1d.blogspot.com/]

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahahahhahahhha :D Chciałam wypisać momenty, które rozbawiły mnie najbardziej, ale było ich zbyt wiele ! :D Kocham opowiadania, przy których można się pośmiać ♥
    Świetna historia ♥

    OdpowiedzUsuń