środa, 26 grudnia 2012

S01E06

Proszę, przeczytaj notkę pod rozdziałem ;) xx.

*dwa tygodnie później*
I'm fine.
Jest okey. Ja wróciłam do pracy, a tata wyszedł ze szpitala. Chodzi o kuli, bo skarżył się na uciążliwe kłucie w prawym kolanie. Z zespołem prawie w ogóle nie utrzymuje kontaktu. Jak już zjawiają się u nas w domu, ja jestem w pracy. Zdarzyło się to chyba już z sześć razy. Czy wyjaśniłam chłopakom moje zachowanie po spotkaniu z Thomasem? Otóż nie. Raczej nie czuję się zobowiązana do tłumaczenia się co, gdzie i z kim robię. Zostałam przeniesiona do wydziału kryminalnego. Jest tu... inaczej. Czy wspomniałam, że pozbawili mnie munduru? Ups?.. Jak nie wspomniałam, to wspominam

5 września.


          Wysiadłam z samochodu i rozejrzałam się. Drzewa. Dużo drzew. Las. Magazyny starej fabryki. Tuż przy jednym z magazynów stały dwie czarne furgonetki, a w pobliżu krzątali się ludzie. Zamknęłam samochód i ruszyłam w tamtą stronę, ciągle się rozglądając. 
Przeszłam pod biało-granatową taśmą z napisem "POLICE" i podeszłam do Mike'a.
Mike Garred jest w wydziale razem ze mną. Ma dwadzieścia lat. Mierzy około metr osiemdziesiąt pięć, czyli wychodzi na to, że jest wyższy ode mnie, o dobre, dwadzieścia centymetrów. Ma ciemne blond włosy, niebieskie, a raczej granatowe oczy, piegowaty, delikatnie zadarty nosek i usta w kolorze malin.  Dziś ubrany był w ciemne rurki, białą koszulkę z jakimś nadrukiem, czarną ramoneskę ze srebrnymi nitami i białe nike.
-Hej, Mike - przywitałam się. Blondyn wstał z kucek, odwrócił się ku mnie i posłał mi ciepły uśmiech. - Co my tu mamy?
-Pobicie, liczne złamania. Tyle, jak na razie mogę ci powiedzieć. Więcej dowiemy się po ekspertyzie, jak już będę miał wyniki badani, przekaże ci je - wyrecytował jednym tchem.
Czwórka mężczyzn wzięła ciało blondynki i bardzo delikatnie, i z uwagą włożyli je do jednej z czarnych furgonetek, wcześniej pakując je do czarnego worka. Ja i Mike poszliśmy się rozejrzeć. 
Porozglądaliśmy się, pochodziliśmy w pobliżu, ale nic nie znaleźliśmy.  Kiedy stwierdziliśmy, że siedzenie tu jest bez sensu, rozeszliśmy się. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w kierunku centrum. Super. Po prostu świetnie. Jest godzina piętnasta, o czym dowiedziałam się z radia, które włączyłam, by umiliło mi drogę do domu. Tak jak się spodziewałam korki w mieście ciągnęły się nie miłosiernie. Po drodze do domu zahaczyłam jeszcze o restaurację, w której kupiłam jedzenie na wynos. Chińskie jedzenie, jak dla mnie i dla taty było w sam raz. Po przejechaniu całego centrum w końcu wjechałam na odpowiednią ulicę i już po chwili zaparkowałam na podjeździe. 

          Następnego dnia obudziłam się nie wyspana. Bolący kark dawał nieźle popalić. Obolała wykonałam poranną toaletę, pomalowałam się i ubrałam. Kiedy byłam jeszcze w łazience posmarowałam kark maścią łagodzącą ból. Zeszłam na dół do kuchni, nastawiłam wodę na kawę. Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. Siódma pięć. Tata pewnie jeszcze śpi. Zjadłam śniadanie, zgarnęłam torebkę z krzesła i wyszłam z domu. Wsiadłam w samochód i ostrożnie ruszyłam drogą do pracy. 

          Weszłam do budynku w towarzystwie Meg, którą spotkałam na parkingu. Wylegitymowałam się i ruszyłam do swojego biura.
          Około czternastej Mike przyszedł do mnie i poinformował, że dzwonił do prawdopodobnej matki dziewczyny, którą wczoraj znaleźli, prosząc by przyjechała i zidentyfikowała zwłoki. Z opowieści wynikało, że kobieta przyjedzie około szesnastej.
          Przez czas oczekiwania na kobietę zagłębiłam się w ekspertyzie badań. Blondynka została uderzona w głowę tępym narzędziem, nie był to jednak cios śmiertelny. Została uduszona. Do tego dochodziły jeszcze złamane, a wręcz pokruszone  żebra. Czy mam pomysł na motyw? Oh, żadnego..
          W pokoju rozległo się ciche pukanie do drzwi. Po powiedzeniu przeze mnie 'proszę', drzwi otworzyły się i stanęła w nich blond włosa kobieta. Miała na sobie czarny płaszcz, który był rozpięty, przez co mogłam dokładniej obejrzeć jej strój. Miętowa bluzka, czarne spodnie i brzoskwiniowa chustka, która zdobiła szyję. Wyglądała na jakieś... czterdzieści pięć lat, ale nie mnie to interesuje.

-Ja... Um.. Nazywam się Margaret Edwards i m-moja córka... Dzwonili do mnie.. - jąkała się, a w jej oczach stanęły łzy. Bez słowa podeszłam do niej i przytuliłam, pozwalając wypłakać się w moje ramię. Podprowadziłam kobietę na kanapę, a gdy już usiadłyśmy zaczęłam lekko nią kołysać, jakby w jakiś sposób miało to działać uspokajająco. Blondynka uspokoiła się po kilku, może kilkunastu minutach, wstałyśmy z miejsca i wyszłyśmy na korytarz.
Po kilku minutach, nasze myśli potwierdziły się. Kobieta, widząc zwłoki własnej córki, wybuchnęła spazmatycznym płaczem. Przez chwilę stała z twarzą ukrytą w dłoniach, ale już po chwili osunęła się po ścianie i siedziała tak, cicho łkając.
          Nie mogąc patrzeć na zrozpaczoną blondynkę, wzięłam teczkę z aktami "pod pachę', pomogłam wstać kobiecie i dowiedziawszy się w jakim hotelu się zatrzymała, odwiozłam ją tam. Prowadząc osłabioną płaczem kobietę, dotarłyśmy do pokoju hotelowego na czwartym piętrze. W czasie gdy Margaret wierciła się, trochę nie spokojnie na łóżku, ja usiadłam w dużym fotelu, czekając, aż kobieta spokojnie zapadnie w sen.
           Upewniając się, że pani Edwards śpi wyszłam z pokoju, zostawiając jej karteczkę na stoliku nocnym. No, bo przecież nie będę męczyć kobiety, która dopiero co dowiedziała się o śmierci córki. To by było na prawdę samolubne i egoistyczne. Kiedy wychodziłam z hotelu przed oczami mignęła mi znajoma blond czupryna, ale przecież mogłam się mylić, prawda? Wsiadłam do samochodu i ruszyłam drogą prowadzącą do domu. Zahaczyłam jeszcze o kawiarnie, kupując w niej dużą kawę z mlekiem na wynos.
 Będąc już pod domem wyciągnęłam ze schowka teczkę, przewiesiłam torebkę przez ramię i kręcąc kluczykami na palcu wskazującym opuściłam samochód, uprzednio zamykając go pilocikiem. Tupiąc obcasami, weszłam do domu.
-Tato? Już jestem!- krzyknęłam wchodząc do kuchni. Tata pewnie znów siedzi w swoim gabinecie i sprawdza wszystkie miejsca, w których mają odbyć się koncerty One Direction. Usiadłam przy wyspie kuchennej, rzucając na blat przed siebie torebkę, teczkę i kluczyki, które prześlizgnęły się dalej niż chciałam i spadły na podłogę po drugiej stronie wysepki. Zaklęłam pod nosem. Z ciężkim westchnieniem dźwignęłam się ze stołka i podniosłam kluczyki z rozmaitymi  breloczkami, odwieszając je na haczyk.
Znudzona poszłam do salonu i jakże byłam zaskoczona widząc jak cały zespół, łącznie z moim tatą, zalega na kanapach, oglądając telewizję.
-O! Hej Rosemary! - pierwszy zauważył mnie Niall, zajadający się żelkami. Chwila, chwila.. MOIMI żelkami.
-Siemka Rose - reszta zespołu przywitała mnie chórkiem.
-Yyy.. Hej i czy wy... Ćwiczyliście to? - zagadnęłam zdziwiona.
-Nieee - i znów ten chórek.
-Nie, w ogóle - stwierdziłam, jakby sama do siebie.
-Widziałem cie dzisiaj pod Baglioni Hotel - zauważył Horan. Wiedziałam, że to on!
-Myhm.. I co zamierzasz zrobić z tym fantem? - zapytałam, lekceważąco przewracając oczami.
-Umm.. W sumie to nic - posłał mi ciepły uśmiech i wrócił do oglądanie jakiegoś filmu. Stwierdzając, że nic tu po mnie, poszła na górę. Przebrałam się w legginsy i jakąś wyciągniętą koszulkę,a włosy spięłam w koczka. Z laptopem usiadłam na łóżku, opierając się o poduszki. Włączyłam i ułożyłam sprzęt na swoich udach. Zalogowałam się na Skype i widząc zieloną kropeczkę przy zdjęciu przyjaciółki, kliknęłam 'nawiąż połączenie'.
Gadałyśmy z Annie chyba już godzinę, a w tym czasie umówiłyśmy się na weekend, na 'babski wieczór'. Zawsze, kiedy miałyśmy więcej wolnego czasu, przychodziłyśmy do siebie, urządzając małe "Piżama-Party". Maseczki, komedie romantyczne z pudełkiem lodów, robienie idiotycznych zdjęć etc.. Zakończyłam video rozmowę, bo głód dawał o sobie znać. W sumie to się nie dziwię. Rano zjadłam tylko musli z jogurtem, a tak, to nic poza tym. Zjechałam po poręczy, przemierzyłam hol, weszłam do kuchni i zobaczyłam Zayna siedzącego w kącie, na podłodze. Obok niego siedział Liam i szeptał mu coś. Niall nerwowo ścierał z blatu jakiś sos i.. coś jeszcze, a  Harry po prostu siedział nie odzywając się lecz, co jakiś czas spoglądając na skulonego w kącie Malika. Nigdzie nie widziałam Lou. Niall zauważając moją obecność, podszedł do mnie i spuścił głowę w dół, unikając wzroku.
-Rosemary ja  przepraszam, bo ja nie chciałem.. Po prostu mi się talerz wyślizgnął i o! Ale ja na prawdę nie chciałem! Przysięgam! Przepraszam..- zaczął mówić, a właściwie to bełkotać.
-Niall, co się tu stało i za co ty mnie, do cholery, przepraszasz!? - chwytając go za podbródek zmusiłam, by spojrzał mi w oczy.
-Bo ja byłem głodny i przyszedłem do kuchni - zaczął swój monolog. - I Paul powiedział, że w lodówce jest wczorajsza chińszczyzna i, że mogę ją sobie zjeść. No, i ja ją podgrzałem w mikrofali, i jak już szedłem do pokoju ro się zahaczyłem swetrem  o róg blatu- tu pokazał dziurę wielkości zaciśniętej piąstki, po jednej stronie odpinanego, szarego sweterka. - No i jak się zahaczyłem, to mi się talerz wyślizgnął i wszystko spadło na twoją teczkę, tą szarą, co tu leżała - wskazał miejsce palcem. - Czy w tej teczce było coś ważnego?
-Cholernie...-szepnęłam, siadając osłupiała na stołku. - Gdzie jest teraz zawartość teczki?
-Tą część bardziej ubrudzoną Louis suszy w łazience, a reszta..- chciał dokończyć, ale przerwał mu Zayn, który zerwał się na równe nogi. Dopiero teraz mogłam ujrzeć jego twarz. Spuchnięte, zaróżowione policzki, mokre od łez, tylko dlaczego?
-O tej zawartości mówisz!? - krzyknął Mulat, rzucając przede mnie zdjęcia... Zdjęcia martwej Perrie Edwards. - Co to do cholery jest!? Kolejny, kiepski fotomontaż!? - krzyknął ponownie, podchodząc bliżej do blatu.
-Możesz przestać na mnie krzyczeć? - zapytałam spokojnie. - Te zdjęcia są prawdziwe, Zayn. Tą dziewczynę znaleźli wczoraj rano. Została zamordowana jakieś trzy dni temu - dokończyłam, mimo widoku blednącego rozmówcy.
-Słucham!? - wydarł się Malik, po czym padł na kolana, chowając twarz w dłoniach. Zupełnie nie przejmując się jego reakcją, zwróciłam się do pozostałej trójki.
-Znał ją? - zapytałam zdziwiona, a zarazem zbita z tropu.
-Jest, znaczy była - poprawił się Harry. - Była jego dziewczyną.
W pewnym momencie do kuchni wpadł Lou.
-A co tu taka atmosfera, jakby ktoś umarł? - zaśmiał się donośnie, ale uciszył się, gdy Payne zgromił go wzrokiem.
-Pezz nie żyje, Louis - oświecił go Liam, a ten momentalnie pobladł.

___________________________________________________________
Tak bardzo was przepraszam, że musiałyście czekać tak długo!
Jakoś nie mogłam się zebrać, by coś napisać. Poza tym gdy miałam już prawie napisany rozdział, stwierdziłam, że jest do dupy i usunęłam cały. A tak w ogóle to zaczęłam pisać nowe opowiadanie, jednak na razie nie będę go publikować. Chciałabym napisać przynajmniej siedem - osiem odcinków, a dopiero później je upubliczniać. Nie chce, aby taka sytuacja powtórzyła się. Chodzi mi o to, że chciałabym dodawać odcinki, bądź rozdziały, kwesta gustu, systematycznie. Np. co tydzień, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi. Podoba wam się nowy wygląd bloga? Mam nadzieję, że tak.
A no właśnie! Dwa dni temu nasz Tommo miał urodzinki! Jeju! Nie mogę uwierzyć, że to już dwudzieste pierwsze! Brakuje mi tych jego pasków, kolorowych, podwiniętych spodni, szelek i w ogóle!


Wracając do rozdziału. Nie mam nic do Perrie, jeśli o to chodzi. Po prostu musiałam ją uśmiercić.

No.. także ten.. Jak wam mijają święta? Dostałyście coś może od Mikołaja? Ok.. już kończę!
Merry Christmas (to chyba nic, że spóźnione.. liczy się, niee?), and Happy New Year, Sweety!