niedziela, 11 sierpnia 2013

OD AUTORKI

Dzień dobry, słoneczka!
 Mam nadzieję, że wakacje mijają wam dobrze i bez żadnych wypadków. Jak pewnie zauważyliście - dodałam TRZY nowe karty, które wyświetlają się tuż obok 'Strona Główna". Autorka, Aktualności oraz Czytam i polecam. Nie jest to nic specjalnego.
 Chciałabym przeprosić za moją dość długą nieobecność. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, oprócz braku weny. Um, znaczy nie. Wiem co chcę napisać, ale nie wiem jak odpowiednio ubrać słowa i to serio mnie dobija! Staram się coś wykrzesać, ale jak na razie to tylko One-Shoty, które i tak nie są skończone, a poza tym w mojej głowie te historie brzmiały o wiele, wiele lepiej. Jak Ziall'a kocham!
 Ugh, pewnie i tak nikt się tym nie zainteresuje, więc skończę już. Ale w sumie jak już jesteście, to możecie mi kliknąć reakcje? Tam na dole, od razu pod treścią posta. Dobra, nieważne...

Życzę miłej reszty wakacji, całuję i pozdrawiam,
Kathy Mone xx

piątek, 26 kwietnia 2013

S01E09 ZAPOWIEDŹ

   -Otwieraj te drzwi, Rosemary, albo sama je sobie otworzę!
Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam dookoła. Nadal leżałam na łóżku tak, jak położyłam się wczoraj wieczorem. Wydaje mi się, czy ktoś krzyczy?
   -Otwieraj, do cholery jasnej!
Annie. Jestem pewna, że nie przeżyje tego spotkania, jednak nie ruszyłam się nawet o centymetr. Walenie w drzwi i nawoływania ustały, jednak po chwili usłyszałam głośny trzask i odgłos ciężkich kroków rozlegających się na schodach, a później, tuż za moimi drzwiami. Przewróciłam się na brzuch i wtuliłam twarz w poduszkę. Nie ma mnie. Śpię. Umarłam, cokolwiek. Annie weszła do pokoju i podeszła do łóżka i..
   -Wstawaj, tępa dzido! - wydarła mi się wprost do ucha i po chwili poczułam, że zostałam czymś oblana. Czymś zimnym. Wyskoczyłam z łóżka jak poparzona, wydając z siebie bliżej nieokreślony pisk.
   -Co żeś zrobiła, idiotko!? - Wykrzyczałam patrząc na blondynkę. Ta, uśmiechnięta od ucha do ucha trzymała pustą szklankę w prawej ręce, zaś w lewej jakąś brązową kopertę. - Co to? - wskazałam na kopertę.
   -To, moja kochana, przepustka do dozgonnej wdzięczności wobec mnie i najlepszego tygodnia Twojego życia.


___________________________________
Tak, przepraszam. To tylko kawałek rozdziału 9. Nie byłam w stanie napisać nic więcej.
Powiedzmy, że nic nie układa się po mojej myśli i nie za bardzo sobie z tym radzę.
Także, no, przepraszam.

sobota, 23 marca 2013

S01E08

Musisz mi pomóc, bo od
tygodnia pada deszcz
i życie powoli mi się rozmywa.

Musisz mi pomóc
dziś, teraz, już,
bo jutro może być za późno.

Skoro miłość to wręczenie komuś broni wycelowanej we własne serce i nadzieja, że nigdy nie pociągnie za spust, to dlaczego ja sama użyłam tego przeciwko sobie? Schowam się pod zasłoną łez. Nie znajdą mnie. Proszę, nie chcę, żeby mnie znaleźli. Dawne uczucia powróciły. Dlaczego? Mam w głowie nadmiar myśli, których nie umiem uporządkować w żaden sposób. Wkurzają mnie, bo nie dają mi spać, bo nie pozwalają się skupić, bo nie dają mi nawet minuty spokoju. Ciche westchnienie wydobyło się z moich ust. Lubię jesień. Lubię patrzeć, jak liście spadają z drzew sygnalizując, że coś się kończy. Po za tym lubię deszcz - kiedy pada, mogę sobie spokojnie płakać, wiedząc, że nikt nie zapyta dlaczego. Siedząc na mokrej ławce w parku, przemoczona do suchej nitki, czułam się dobrze. Mimo podłego humoru, czułam, że wraz ze łzami wypływają ze mnie zbędne emocje, z którymi w ogóle sobie nie radzę. Drżącymi rękami chwyciłam małą rzecz, odpalając mój mały, prywatny kawałek nieba. Dym nikotynowy po raz kolejny przedarł się przez moje płuca, sprawiając, że po mojej twarzy przebiegł nikły uśmiech. Znudzona, wstałam z ławki i ruszyłam pustą alejką parku.

Deszcz ustał, ale w powietrze nadal pachniało wilgocią. Weszłam cicho do domu, rzucając klucze na półeczkę pod lustrem. W całym domu było cicho. Za cicho. Mimo, że nie miałam ochoty nikogo widzieć krzyknęłam: - Tato!?
Odpowiedziała mi głucha cisza, więc zdjęłam skórzaną kurtkę i trzęsąc się z zimna, ruszyłam do kuchni. Była, pusta, ale na lodówce była przyczepiona niebieska karteczka. Zdjęłam ją i przeczytałam wiadomość.

Córeczko, jak pewnie zauważyłaś - nie ma nas w domu. Udało nam się skontaktować z Zaynem. Poprosił o tydzień wolnego. Musi się jakoś uporać z zaistniałą sytuacją. Niall pojechał do Irlandii; do domu, Liam do NY do Danielle, Lou gdzieś wybył i Hazza też. Kiedy będziesz to czytać ja będę już w drodze do Liverpoolu. Babcia się trochę rozchorowała.Dwoniłem, ale nie odwierałaś. Jeśli będzie się coś działo - dzwoń. Wracam niedługo. Kocham cie, tata. xx

Wydałam z siebie cichy pomruk niezadowolenia, zgniotłam karteczkę i wyrzuciłam ją do kosza. Rozejrzałam się i westchnęłam cicho. Ruszyłam schodami na górę, w międzyczasie włączając telefon i wysyłając krótką wiadomość tekstową.

"S.O.S."

Kiedy przekroczyłam próg mojej sypialni, telefon zawibrował. Odblokowałam go wpisując kod składający się z czterech cyfr i odczytałam wiadomość.

"20 minut."

Weszłam do łazienki, zakręciłam odpływ w wannie i odkręciłam kurki z wodą. Kiedy woda napełniała wannę, ja zmyłam resztki makijażu, zdjęłam ubrania. Pozostając w czarnej bieliźnie, stanęłam przed lustrem. Nie zobaczyłam nic ciekawego. Zwyczajna brunetka z niebieskimi oczami, do tego bez imponującego wzrostu, tu i ówdzie za dużo, a tam za mało. Blada twarz, zaczerwienione, w ostatnim czasie lekko zapadnięte policzki. Pozbyłam się resztek garderoby i weszłam do wanny wypełnionej gorącą wodą. Zanurzyłam się po samą szyję, tylko po to by po chwili zacząć stopniowo zanurzać głowę po sam jej czubek. Ze wstrzymanym oddechem i otwartymi szeroko oczami, leżałam pod przejrzystą wodą, rozkoszując się chwilą spokoju.
Kiedy zeszłam do salonu, ubrana w szeroką bluzę i czarne legginsy, na średniej wielkości stoliku stała miska z popcornem i dwa kubki z parującym napojem.
-Hej, szkrabie - usłyszałam za sobą i momentalnie się odwróciłam. Uśmiech, który przebiegł po mojej twarzy, zniknął tak szybko, jak się pojawił. Przytuliłam się do chłopaka, wcześniej całując jego zaczerwieniony policzek. - Co jest?
Moje oczy zaczęły piec. Znowu. Oderwałam się od chłopaka i spojrzałam w jego błyszczące oczy. - On umiera - wyszeptałam cicho i znów schowałam się w ramionach pełnych ciepła. Męskie ręce owinęły się wokół mojej talii, gdy chłopak delikatnie schylił się. Był wyższy ode mnie i to sporo. Z resztą każdy (z mojego otoczenia) jest ode mnie wyższy, przy moim metr sześćdziesiąt dwa. Po chwili poczułam jak się unoszę. Brunet przeniósł nas na kanapę, usiadł wygodnie i posadził mnie na swoich kolanach. Podał mi jeden z kubków, w których jak się okazało, była herbata malinowa.
Siedziałam oparta policzkiem o pierś chłopaka, który trzymał mnie tak, jakby chciał uchronić mnie przed całym złem świata, wsłuchując się w bicie jego serca. Czułam jego miarowy oddech na czubku mojej głowy. Wiedziałam, że miał milion pytań. Każdy by miał. Kiedy byłam w stanie mówić, streściłam mu, uh, wszystko. Zaczynając od mojego ostatniego spotkania z Thomasem, poprzez mętlik w głowie i dziwne, mieszane uczucia, przez bardzo, ale to bardzo dziwną sympatię do Louisa, list od mojego byłego chłopaka, kończąc na nieszczęsnym popalaniu wyrobów nikotynowych. Mniej, więcej w połowie mojego monologu Brian stwierdził, że moje wyznanie nie będzie czymś łatwym do przetrawienia, dlatego też przerwał mi, wychylając się za kanapę. Przytrzymał mnie, żebym nie spadła i wyjął zza oparcia butelkę czerwonego wina. Nie kłopotał się z zachowaniem kultury i nie sięgnął po kieliszki, czy coś podobnego - po prostu upił kilka łyków i podał mi butelkę. Zrobiłam to samo, co on i  po chwili poczułam przyjemne ciepło i to, jak alkohol rozlewa się w moim żołądku. Uśmiechnęłam się lekko i sięgnęłam po pilota. Nie potrzebna nam była długa rozmowa - ważne żebyśmy mieli siebie obok.

*Louis*
Ciężkie westchnienie wydobyło się z moich ust, kiedy przekraczałem bramę podwórka naszego tymczasowego domu.
-Loueh, kupisz mi kotka? - usłyszałem cichy głos. Bardzo zachrypnięty od sporej dawki alkoholu. Spojrzałem na kompletnie pijanego przyjaciela i westchnąłem po raz kolejny.
Mruknąłem tylko ciche 'myhm' i razem z Harrym weszliśmy do domu. A właściwie: ja wszedłem, on się wtoczył. Zdjąłem buty i włożyłem wielkie, puchate kapcie w kształcie królików. Odwiesiłem bordową bluzę na wieszak i posadziłem Stylesa na schodach. Przykucnąłem, by odwiązać jego białe trampki i odłożyłem je tam gdzie zostawiłem swoje. Moją uwagę przykuły czarno-czerwone Air - maxy. Nie należały do żadnego z nas, a tym bardziej nie do Rosemary. Wzruszyłem ramionami i zacząłem wspinać się po schodach, ciągnąc za sobą Harry'ego. Rzuciłem go na łóżko w jego pokoju, przykryłem kołdrą i wyszedłem. Jak mu będzie nie wygodnie, to sobie wstanie w nocy i się rozbierze. Wróciłem na dół i skierowałem się do kuchni. Wyciągnąłem z lodówki marchewkę i odgryzłem kawałek. Ciekawe, które godzina? Rozejrzałem się w poszukiwaniu zegarka. Bingo! Dwadzieścia cztery minuty po północy. Biorąc kolejnego gryza marchewki, wszedłem do salonu i momentalnie zacząłem się krztusić. Dlaczego Rosemary leżała pół-naga? I dlaczego obok niej leżał pół-nagi chłopak!? "Kim on w ogóle jest!? No, ja przepraszam bardzo, ale jak on śmie skradać miłość mojego życia!? Ona jest moja!", pomyślałem. W sumie to Rose nie jest moja. Najprawdopodobniej jest JEGO, tego dziwnego chłopaczka z idealnym kaloryferem ba brzuchu i ładną buźką.
-Ugh, nie wierzę, że stwierdziłem, że masz ładną buźkę - spojrzałem z pogardą na śpiącego chłopaka.
Wcześniej wymieniony jegomość, wpół-leżał sobie na kanapie w samych spodniach od dresu! Mało tego. Rosemary leżała za dużej bluzie i ... Czekaj, wróć. Ona leżała w samej bluzie! Opierała się o jego nagą klatkę piersiową z nikłym uśmiechem. Mruknąłem cicho pod nosem i rozejrzałem się, chcąc ocenić tragedię sytuacji. Pusta miska leżała na stole, a wraz z nią dwie butelki po winie i dwa kubki; na fotelu obok kanapy leżała czerwona koszulka i czarne spodnio-coś. To się chyba nazywa legginsy, czy jakoś tak, nie wiem. Gdybym był dziewczyną - wiedziałbym. Sorry, nie jestem. Telewizor nadal był włączony, a na ekranie ukazała się dziewczyna chodząca po ogrodzie z wielką łopatą. "Jezu, jaki idiota! Kto normalny przychodzi do dziewczyny z takim beznadziejnym filmem!?", pomyślełem. "Tak, bo ty przecież jesteś idealny."-odezwało się moje drugie ja. Prychnąłem cicho i wyłączyłem telewizor. Chłopak podniósł się gwałtownie, prawie zrzucając Rose z kanapy. Mruknąłem pod nosem ciche 'idiota' i czekałem na rozwój wydarzeń. Brunet rozejrzał się gorączkowo i z przerażeniem spojrzał na dziewczynę. Ta z kolei spała w najlepsze, jakby nie czując wstrząśnięcia. Mruknęła coś pod nosem i przekręciła się na drugi bok, odsłaniając przy tym kawałek czerwonych majtek. "Jeju, jaka ona urocza. I, cholera jasna, seksowna." Zaśmiałem się z własnej głupoty, czym zwróciłem uwagę "idioty". Spojrzał na mnie zdziwiony, ale się nie odezwał. Może się zdziwił, że w domu jego prawdopodobnej dziewczyny jest jakiś chłopak? Może, nie wiem. Spojrzałem w jego brązowe tęczówki i już chciałem się odezwać, ale on szybko podniósł się z kanapy, wziął Rose na ręce i po prosty zniknął na schodach.
-Już cię nie lubię, koleś - szepnąłem i ruszyłem do swojego tymczasowego lokum.

Następnego ranka zeszedłem na dół w spodniach od piżamy i powlekając nogami wszedłem do kuchni.
-Bleee - mimowolnie wyrwało się z moich ust, gdy zobaczyłem najpiękniejszą dziewczynę na świecie stojącą przy kuchence, uśmiechniętą od ucha do ucha. Sam widok Rosemary byłby czymś niesamowitym, bo stała w kusych spodenkach, różowych, w pionowe paski, i w uroczej bluzce z wielkim hipopotamem. Ale sytuacja jest inna, gdy tuż za wymarzoną dziewczyną stoi chłopak w samych gaciach i szczelnie przylega do jej ciała. Gdybym to był JA, to byłoby fajnie, ale niestety to nie ta bajka. Chłopak najwyraźniej nie usłyszał mojego jęku i kontynuował dźganie Pięknej Istoty Ludzkiej jakimś dziwnym narzędziem kuchennym. Skrzywiłem się i odsunąłem krzesło, którego inteligenty ja nie uniosłem i w wyniku tarcia o kafelki, wydało z siebie odgłos, jakby ktoś drapał paznokciami po tablicy. Po plecach przeszły mi nieprzyjemne ciarki, a para oderwała się od siebie. Przynajmniej tyle szczęścia w nieszczęściu. Nie, ja nie jestem egoistą. Po prostu nie lubię, gdy ktoś dobitnie uświadamia mi, że nie dostanę czegoś, czego pragnę ponad życie. Zmierzyłem dziewczynę od góry do dołu i w duchu gwizdnąłem z podziwem. Jak to jest możliwe, że ktoś ma takie długie nogi? "Louis, jesteś idiotą." 
-Dzień dobry, Louis - najpiękniejsza dziewczyna na świecie posłała mi najpiękniejszy uśmiech jaki w życiu widziałem! Oh, jestem w niebie. - Jak się masz? - Wydaje mi się, czy ona na prawdę się mną interesuje!? O Boże! Jeśli można być bardziej w niebie, niż w niebie, to najprawdopodobniej tam jestem. I chyba wariuję.
-Dzień ... dobry - wyjąkałem i usiadłem, nadal nie spuszczając wzroku z pięknych turkusowych tęczówek. Czy ja jestem nie normalny? Czy mam obsesję? Odpowiedź na pierwsze pytanie: tak; na drugie: nie, jeszcze nie. JESZCZE!? - Ja, um... Boli mnie trochę głowa. Harry namówił mnie wczoraj na wypad do baru, co nie było dobrym pomysłem. - Jak to, do cholery ciężkiej, możliwe, że udało mi się wypowiedzieć AŻ tyle i tak składnie!?
-Jesteś głodny? Właśnie robimy śniadanie. - I nagle cały świat legł w gruzach. "Robimy"? Jakie 'my'? Ty stoisz i pichcisz, a ON się bezczelnie do ciebie klei, no.
-Chyba podziękuje.
-A właśnie! - machnęła drewnianą łopatką z entuzjazmem i odwróciła się do drugiego chłopaka. - Brian, to Louis. On i reszta będą mieszkać z nami, dopóki ich dom nie będzie wyremontowany. Lou - zwróciła się do mnie "To Brian, mój chłopak." - to Brian, mój przyjaciel.
No mówiłem! Ugh, nienawidzę go! Chwila, przyjaciel!?
-Przyjaciel? - zrobiłem dziwną minę.
-No, przyjaciel. Znamy się od dziecka. - Posłała mi krótki uśmiech.
Czyli jednak nic nie jest stracone. Uśmiechnąłem się jak debil i jestem pewien, że wyglądałem jak pedofil w sklepie z zabawkami. Podszedłem bliżej chłopaka i wyciągnąłem dłoń - Louis.
-Brian. - Uścisnął ją lekko. Czuję, że się dogadamy.

~*~


Bry i przepraszam.
Ugh, nienawidzę siebie za to, że kazałam wam tak długo czekać. Zamiast spiąć dupę i napisać rozdział do końca, ja opierdzielałam się jak należy, i robiłam... w sumie to nic. Mam nadzieję, że mi to jakoś wybaczycie.
Jak widać mamy połowę rozdziału z perspektywy Lou. Tak, przyznaję się bez bicia - jestem idiotką.
Nie mam chyba więcej do dodania, oprócz ponownych PRZEPROSIN oraz tego, że nie sprawdzałam rozdziału (jeszcze), więc raczej pojawią się błędy, za które też przepraszam. 


A właśnie! Chciałabym poinformować, że zakochałam się w tym KLIKNIJ >TU< (Larry), w tym KLIKNIJ  >TU< (Niam), w tym KLIKNIJ >TU< (OFC) i w tym KLIKNIJ >TU<.

środa, 30 stycznia 2013

S01E07

   To było na prawdę okropne. Patrzeć na cierpienie przyjaciela i nie móc nic z tym zrobić. Tak, mogę śmiało powiedzieć, że Zayn jest moim przyjacielem. Czuję, jakby łączyło nas coś więcej. Nie chodzi mi oczywiście o związek. Chodziło raczej o nasze stosunki. Są bardziej płynne, niż moje relacje z pozostałą czwórką. Jasne, że lubię chłopaków, bo ich nie da się nie lubić. Weźmy na przykład takiego Horana. Spojrzy na mnie tymi swoimi, cholernie pięknymi oczętami, a ja już się rozpływam. Mogłabym wymieniać jego zalety fizyczne, ale te psychiczne są ważniejsze. Moim zdaniem, bynajmniej. Potrafi doradzić, pocieszyć i przytulić, jak mało kto, ale przede wszystkim jest bardzo dobrym słuchaczem. Liam jest odpowiedzialny i potrafi ustawić to ZOO do porządku dziennego. Poza tym to tylko jemu udaje się ściągnąć Hazzę z łóżka przed trzynastą. Louis.. No właśnie, nie wiem jak go opisać. Jest najbardziej pociesznym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam. Bije na głowę nawet Biran'a. Louis jest też na swój sposób uroczy. Zawsze kiedy go widzę, jego włosy wyglądają, jakby dopiero co wstał z łóżka, w jego ślicznych błękitnych oczach goszczą wesołe iskierki, a usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu, ukazując idealnie równe, białe zęby. Jest wiecznym dzieckiem. Nie przejmuje się prasą, dziwnymi plotkami. jest wygadany i jak już coś opowiada, to ze szczegółami, których czasem wolelibyśmy nie znać. A gdy słyszę jego dźwięczny śmiech, czuję taki miły ucisk w podbrzuszu. Mózgu, stop! Kategoryczne, definitywne STOP! Ja nie mogę, oh.. Ja nie mogę się zakochać. Rumienię się i do tego czuję te idiotyczne motylki w brzuchu? Boże.. Zachowuję się jak zakochana nastolatka!
Z westchnieniem uderzyłam się dłonią w czoło, robiąc klasycznego face plama.
-Rosemary? - usłyszałam zachrypnięty głos za sobą. Skarciłam się w duchu i odwróciłam się, napotykając zmęczone brązowe tęczówki. Delikatne światło lampki nocnej oświetlało twarz chłopaka. Ciemne włosy nie były już idealnie ułożone. Teraz sterczały na wszystkie strony, dodając uroku dziewiętnastolatkowi. O czym ja, tak właściwie, myślę!?
-Tak. Przepraszam, nie chciałam Cię obudzić. Szukałam ładowarki - wymamrotałam, siadając na podłodze przy szafce nocnej. Wyjęłam zgubę i podłączyłam telefon. Spojrzałam na tapetę i widząc dwóch wyszczerzonych debili, uśmiechnęłam się delikatnie. Podniosłam się z zadziwiająco wygodnej podłogi z zamiarem opuszczenia pokoju, gdy poczułam ciepłą dłoń, zaciskającą się na moim nadgarstku. Usadowiłam się na łóżku, tuż obok wpół-leżącego mulata, zakopanego w pościeli.
-Rose.. Czy ja mógłbym.. - złączone z moimi, palce chłopaka zacisnęły się mocniej. Chcąc dodać mu choć odrobiny odwagi, odwzajemniłam gest. Zayn nabrał w płuca i kontynuował - Czy ja mógłbym ją zobaczyć?
Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a ja nadal nie odpowiadałam. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Ciemne oczy wpatrywały się we mnie z nadzieją - jak i ze strachem. Ponownie otworzyłam usta i tym razem udało mi się wysłowić.
-Zejdź na dół i daj mi pięć minut, dobrze?
-Jasne - chłopak uśmiechnął się smutno i wygramolił z mojej błękitnej pościeli. Odwrócił się jeszcze raz przy drzwiach, a po chwili zniknął w korytarzu.
Słysząc, jak deszcz dudni o parapet chwyciłam z fotela czarną, skórzaną kurtkę i zeszłam na dół. Wraz z Zaynem wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do samochodu.
Choć jechaliśmy już dobre piętnaście minut, wydawało mi się, że tak naprawdę stoimy w miejscu. W końcu zaparkowałam samochód na parkingu komisariatu. Udaliśmy się do budynku w zupełnej ciszy, co jakiś czas stykając się ramionami.
Zeszliśmy do podziemi i szliśmy ciemnym korytarzem. Widząc zdziwione, a za razem zaspane spojrzenie mężczyzny siedzącego przy biurku, kiwnęłam głową na znak "Jest OK. Śpij dalej" i razem z Malikiem weszliśmy do pomieszczenia na końcu korytarza. Ugh... Z całego serca nienawidziłam tego miejsca. Te ściany nie raz słyszały okropne historie pełne nienawiści, bólu, cierpienia.
Zayn był zdruzgotany. No w sumie nie dziwię się - ja też bym była, widząc miłość swojego życia martwą. Dlatego też, nie zdziwiłam się za bardzo, gdy mulat poprosił mnie o odwiezienie go na lotnisko dzisiejszej nocy. W cale nie byłam zdziwiona jego zachcianką.
Kiedy jechaliśmy na lotnisko około trzeciej nad ranem, Zayn usnął. Obudziłam go, kiedy byliśmy na miejscu. Mój towarzysz szedł ze mną ramię w ramię w zupełnej ciszy. Tylko, że tym razem cisza nie była niezręczna. Była przesiąknięta cierpieniem. Zayn usiadł na krzesełkach pod oknem, podczas gdy ja stałam w kolejce po bilet. Uradowana wydostałam się od okienka, przy którym siedziała bardzo niemiła pracownica lotniska. Choć "bardzo niemiła" to nadzwyczaj łagodne określenie. To, że jest śpiąca, nie oznacza, że musi się wyżywać na nic niewinnych ludziach. Rozsiadłam się wygodnie, o ile tak to można ująć, na plastikowym krzesełku obok Malika. Po chwili w głośnikach rozbrzmiał komunikat, w którym proszono, aby pasażerowie lotu B2754 udali się na pokład samolotu. Zayn sprawdził na bilecie numer lotu, a gdy wyczytał taki sam numer jaki podała pracownica lotniska - pożegnał się ze mną krótkim uściskiem i wymuszonym uśmiechem. Opuściłam budynek i ruszyłam do domu. Padłam zmęczona na łóżko, a po niespełna minucie już spałam.
Obudził mnie deszcz dudniący o parapet. Podniosłam się na łokciach i sprawdziłam godzinę. Dziewiąta czternaście. Zarzuciłam na siebie bluzę Briana i zeszłam na dół. Stanęłam przy kuchennym blacie nastawiając wodę na kawę. Oparłam się o blat i wlepiłam wzrok w deszcz padający za oknem. W domu panowała zupełna cisza.
-Oh - czyjeś ciche westchnienie sprawiło, że podskoczyłam wystraszona. Natychmiast odwróciłam się, napotykając rozmarzone, niebieskie tęczówki. Czy mi się wydaje, czy Louis O Mój Boże Jaki On Jest Zajebisty Tomlinson właśnie mnie "obczajał"!? Zrobiłam dziwną minę i przekrzywiłam delikatnie głowę w prawą stronę, Louis zmierzył mnie wzrokiem. On serio nie zdaje sobie sprawy z tego, że widzę jak się na mnie gapi!? Spojrzałam w dół na moje stopy i to był błąd. Ale w sumie nie. Ogromnym błędem było schodzenie do kuchni, w samej bieliźnie i bluzie kolegi, która sięgała zaledwie do połowy mojego tyłka. Oh, nie, so sorry, ale jestem u siebie! Poczułam krew napływającą mi do policzków, gdy przypomniałam sobie, że Tomlinson oglądał moją dupę w czerwonych, koronkowych bokserkach. Ugh.. Westchnęłam cicho i odwróciłam się z powrotem zalewając wrzątkiem granulki kawy rozpuszczalnej. Dosypałam łyżeczkę brązowego cukru i czym prędzej ulotniłam się z kuchni, migiem przebiegając do salonu. Oh, mówcie mi mistrzu. Dlaczego nie przewidziałam, że skoro Lou krząta się po domu, to musi być i reszta? Wczorajszego wieczora oczywiście 4/5 zespołu opuściło dom. Z wyjątkiem Zayna, którego położyłam w swoim łóżku. Nie protestował za bardzo; był zmęczony. W takim razie dlaczego nieskompletowany zespół przebywa w domu? To trochę egoistyczne, to prawda. No, ale sorry! Żeby tak dzień w dzień nachodzić niewinnych ludzi?
-Jak to Hazza 'utopił mieszkanie'!? - wrzasnął mój tata, dźwigając się z fotela.
-Paul, proszę usiądź - odezwał się Liam.- No normal.. - nie dane było mu dokończyć, bo dzięki Niallowi dostał poduszką prosto w twarz.
-Ten kretyn se wziął i se poszedł spać. Nie zakręcił wody, a woda kap-kap i mieszkanie zalane po kolana - odezwał się blondyn, przeżuwając kanapkę.
-Ten kretyn siedzi obok ciebie, lamusie! - spojrzałam na Harry'ego i myślałam, że padnę i nie wstanę. Otóż siedział naburmuszony, z założonymi rękoma w rogu kanapy. Z wydętymi wargami wyglądał, jak obrażony pięciolatek, któremu ktoś zabrał cukierka.
-Boże, nie wierzę, ze to mówię, ale witajcie w domu - westchnął tata, zakrywając twarz dłońmi. Po chwili jednak odkrył twarz i zauważył, że stoję w progu salonu, opierając się o framugę. - Hej słoneczko, poznaj nowych współlokatorów. - Odzywając się do mnie, zwrócił uwagę trzech pozostałych chłopaków w salonie. Poczułam wzrok trzech par oczu na sobie i skarciłam się za to, że od razy nie udałam się do swojego pokoju. Chwila. O mój słodki Jezu! Ja mam z nimi mieszkać!? Przecież ja tu wykituje! - Widziałaś może Louisa?
-Yyyy.. co?
-No sie pytam, czy Lou widziałaś? Nie wyspałaś się? - spojrzał na mnie z troską.
-Nie, tato. Wszystko jest okey. Louis siedzi w kuchni. - wyjąkałam skrępowana. - Tato, nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli dziś na noc przyjdzie Annie?
-Jasne, że nie. Powiedz jej, żeby przyszła na obiad! - odpowiedział. Spojrzałam na niego krzywo.
-Ty nie umiesz gotować - skarciłam go, przypominając sobie, jak kiedyś przypalił wodę na herbatę. Uśmiechnęłam się, na samo wspomnienie paniki na twarzy ojca.
-I co z tego? Ty umiesz.
-Przepraszam bardzo, że się wtrącam, ale ja bym mógł coś ugotować - odezwał się cicho Harry. Spojrzałam się na niego trochę dziwnie, co nie uszło uwadze Payne'a.
-Hazza ma swoje wady, jest zboczony, wulgarny, nie zachowuje się odpowiednio do swojego wieku, gdzie tylko pójdzie zostawia bałagan...- zaczął wymieniać Liam.
-Dzięki Li, jesteś bardzo miły - Styles uśmiechnął się ironicznie do przyjaciela. Jednak tamten kontynuował swój monolog.
-...ma swoje dziwne zachcianki, przyzwyczajenia, jak na przykład chodzenie nago, ale co jak co, ale gotować to on potrafi - zakończył swoją wypowiedź, posyłając mi nieziemski uśmiech. Przystanęłam na propozycję Harry'ego i z kubkiem chłodnej już kawy ruszyłam po schodach. Zaciągnęłam bluzę bardziej na tyłek, czując czyjś wzrok na sobie. I nie. To z pewnością nie byli chłopcy z salonu. Wchodząc do pokoju odstawiłam kubek na półeczkę i chwytając telefon, napisałam Annie SMS-a z zaproszeniem na obiad. Nie czekając na odpowiedź, udałam się do łazienki. Wykąpałam się, wtarłam w ciało waniliowy balsam i owinięta ręcznikiem, weszłam do pokoju. Wzięłam łyka zimnej już kawy i podeszłam do półki po telefon. Odblokowałam go i spojrzałam na ekren. 1 nowa wiadomość.
Kliknęłam 'Odczytaj' i momentalnie posmutniałam.
From: Annie
Przepraszam Rose, ale nie moge dzisiaj przyjść. Przyjechała babcia i jak na złość mama mi karze zostać na kolacji -.- Ugh! Odrobimy to kiedyś, prawda? Ucałuj tate. Love ya, Ann. xx
Odpisałam krótkie "Nie ma sprawy. Pozdrów babcie." i podeszłam do dużej szafy. Ściągnęłam z niej pudło i przetarłam ręką. Kurz uniósł się, na co ja od razu kichnęłam.
-Na zdrowie! - odpowiedział mi czyjś głos.
Podskoczyłam przerażona. Przecież byłam sama. Rozejrzałam się dokładniej i zobaczyłam czerwony materiał wystający spod łóżka. Odłożyłam pudło na biurko i schyliłam się pod łóżko.
-Wyjazd z mojego pokoju, Tomlinson! - krzyknęłam wyciągając go za nogi. Zatrzasnęłam za nim drzwi i znów stanęłam przy szafie. Zaczęłam wertować ubrania na wieszakach, a i tak nic nie znalazłam.
-To nie, to nie, to też nie. O może to? Yyy.. jednak nie, hej Harry, to też nie - chwila, wróć! Hej Harry? Przeciągnęłam z powrotem wieszaki i zobaczyłam chichrającego się Stylesa. Wiele się nie pomyliłam twierdząc, że nie wytrzymam tu z nimi. Westchnęłam ciężko, łapiąc loczka za koszulkę. Ten podniósł się z podłogi szafy, ale nadal głupkowato rechotał. Nie planując nic szczególnego, po prostu wykopałam go za drzwi. Wzięłam czystą bieliznę z szuflady, brązowe legginsy, białą bokserkę z napisem "I ♥ Jean !" i udałam się do łazienki. Ubrałam się i związałam podsuszone włosy. Usiadłam na łóżku, układając przed sobą  pudło. Odkryłam wieko i uśmiechnęłam się. Po kolei wyciągałam zdjęcia z kartonu, który krył najwspanialsze trzy lata mojego życia. Uśmiechałam się jak nie normalna. Nie byłam pewna, czy dobrze robię, przeglądając te zdjęcia. Przez nie tęsknota wypełniła każdy skrawek mojego pokoju. Ale... Mam prawo tęsknić. Właśnie z tego prawa korzystam. Wtem rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę - uniosłam trochę głos, alby osoba, stojąca za drzwiami mnie usłyszała. Białe drzwi uchyliły się, a zza nich wyłoniła się blond czuprynka.
-Hej, Rose! Nie chce ci przeszkadzać...- urwał widząc zdjęcia rozsypane na łóżku, ale po chwili wziął oddech i kontynuował. - Przyszedł jakiś chłopak i kazał ci to przekazać - dokończył, a ja dopiero teraz zauważyłam pudrowo-różową kopertę, którą trzymał w dłoni.
Szybko wstałam, ale gdy pojawiły mi sie mroczki przed oczami - usiadłam z powrotem. Niall podszedł bliżej, pytając czy wszystko dobrze.
-Tak, nie martw się. Po prostu za szybko wstałam - uśmiechnęłam się do niego ciepło.
Chłopak przekazał mi kopertę, a ja odczytałam swoje imię, napisane delikatnie pochyłym pismem. Blondyn stwierdził, że nie będzie mi już zabierał czasu, odezwał się jeszcze przy drzwiach.
-Bardzo ładna sukienka, Rose - powiedziawszy to, wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Zdezorientowana spojrzałam na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał blondynek. No nic - pomyślałam i wróciłam do oglądania zdjęć. Dopiero teraz zauważyłam fioletowy skrawek materiały wystający z kartonu. Wyciągnęłam ów materiał, pozwalając zdjęciom rozsypać się po powierzchni łóżka. Wyprostowałam ręce przed sobą podziwiając śliczną liliową sukienkę. Mimowolnie się uśmiechnęłam, na wspomnienie balu, na którym byłam z Thomasem. Sukienka należała do mamy. Ona też była w niej na balu.

-Chyba oszalałeś, że ja tam pójdę!? - krzyknęłam do bruneta.
-Nie. Na prawdę chcę, żebyś poszła ze mną na ten bal - wyjaśnił krótko.
Z westchnieniem oparłam się o ścianę, do której przylegało łóżko chłopaka. Zaczęłam rozmyślać i rozważać wszystkie "za" i "przeciw". Ale przecież to może być dobra zabawa, prawda? Podniosłam się z miękkiego materaca i zbliżyłam do chłopaka, patrzącego w okno. Przylgnęłam do jego pleców, obejmując go, stanęłam na palcach i złożyłam delikatny pocałunek na karku bruneta.
-Zgoda - uległam.
Chłopak momentalnie się odwrócił, porwał w ramiona, uniósł i obkręcił dookoła. Zaśmiałam się dźwięcznie, a brunet postawił mnie na zimnych panelach i ucałował w czoło, szepcząc ciche "dziękuje".**

Przypomniałam sobie o kopercie i szybko odnalazłam ją w bałaganie. Rozerwałam delikatnie i wyciągnęłam kartkę złożoną na cztery części. Odgięłam je i zaczęłam uważnie studiować tekst.

Droga Rosemary,
Och, Boże, od czego tu zacząć? Może zacznę od początku. Pamiętasz jak półtora roku temu byliśmy w stadninie? Mam skrytą nadzieję, że pamiętasz.. No teraz to już nie taką skrytą, ale mam. Byliśmy wtedy na wycieczce. Jechaliśmy przez łąkę, później byliśmy nad jeziorkiem. Usiedliśmy pod wierzbą i nic nie mówiliśmy. Obejmowałem cie i miałem wrażenie, że trzymam w ramionach cały mój świat. I to było wspaniałe uczucie. Mieć cie tak blisko. To była nasza druga rocznica. I gdy wracaliśmy jeden z koni się spłoszył. Spadłem, a ty panikowałaś. A później byłem w szpitalu. I dowiedziałem się, ze jestem chory. Umieram. Mam guza mózgu. Dlaczego ci nie powiedziałem? Nie chciałem cię martwić. Moje najlepsze wspomnienie? To było wtedy, kiedy spałaś u mnie. Wstałaś wcześniej niż ja, bo kiedy wszedłem do kuchni, siedziałaś już z kawą w ręku, miałaś lekko mokre włosy, gdzie nie gdzie kropelki wody wsiąkały w moją koszulkę, którą miałaś na sobie. Jak tak na ciebie patrzyłem, po prawie nieprzespanej nocy, bez makijażu, z wilgotnymi włosami, widziałem najpiękniejszą dziewczynę, jaką znałem. Nadal jesteś taka, prawie idealna, z niesamowitym spojrzeniem i dźwięcznym śmiechem. Podobno pewne dźwięki przyspieszają bicie serca. W moim przypadku takim dźwiękiem był twój śmiech. Kiedy będziesz to czytać, ja będę już w drodze na lotnisko. Wyjeżdżam do LA, do kliniki. Zostało mi nie wiele czasu, Rose. Ten list, jest takim jakby pożegnaniem. Jestem pewny, że już cię nigdy nie zobaczę. Nie zdążę. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się tam, na górze. Byle nie za szybko. Chciałbym, abyś była szczęśliwa. Lekarze mówią, że mam być dobrej myśli, ale ja im nie wierze. Z tego co wiem i z tego czego dowiedziałem się na studiach, guza mózgu z stadium zaawansowanym, nie da się od tak wyleczyć. To po prostu nie możliwe. Wiem, że spieprzyłem. Gdybym cie nie zdradził w tedy, w parku, wszystko mogłoby być jak dawniej. Nie mogę przestać myśleć o tym, że już nigdy nie będziesz moja. Przy każdym mrugnięciu widzę Twoją twarz.
Przy każdym oddechu czuję Twój zapach.
Przy każdym geście, czuję się tak, jakbym łapał Cię za rękę.
Czy to miłość? Czy to uzależnienie? 
Ja tak nie chcę... To boli. Tak cholernie. 

Zawsze będę cie kochał.
Twój Thomas. xx

Ps. Płacz i żal, który trzymamy w sobie, którego nie chcemy pokazywać, któregoś dnia wybuchnie zabijając nas od środka.


Przeczytałam list jeszcze raz, aby upewnić się czy dobrze zrozumiałam. Prześledziłam tekst pięć razy. Siedem. Dwanaście. Dwadzieścia.

Płacz i żal, który trzymamy w sobie, którego nie chcemy pokazywać, któregoś dnia wybuchnie zabijając nas od środka. Słowa odbijały się echem w mojej głowie i, za nic w świecie, nie chciały jej opuścić. Wzięłam kopertę do ręki i zobaczyłam czy coś w niej jeszcze jest. Widząc coś ciemnego w środku, włożyłam rękę do koperty wyciągając z niej sznureczek z zawieszką. Przyjrzała się dokładniej. To nie był zwykły sznureczek. Brązowy rzemyk z zębem rekina i jednym nieśmiertelnikiem. Jeden nieśmiertelnik jest, ale gdzie drugi. Obejrzałam dokładniej blaszane cudeńko i ujrzałam napis.
 Niech przypomina ci same dobre chwile. T.
Zawiesiłam rzemyk na szyi i podeszłam do lustra. Z uśmiechem pogładziłam nieśmiertelnik, tylko po to by pozwolić kolejnym łzom spływać po policzkach.  Wygrzebałam z dna szafy nie wielką paczuszkę i wyszłam na balkon. Udzielaj ojcu kazań związanych z niepaleniem. Sama rób wbrew zasadom.











**- dłuższe wątki napisane kursywą, to wspomnienia bohaterki.
Zdjęcia powyżej przedstawiają, moją dziwną wyobraźnię i to, jak JA wyobrażam sobie zdjęcia z pudełka Rosemary.



~*~
Witam! Zgodnie z obietnicą na TT dokończyłam rozdział! Klękajcie narody! Rozdział miał pojawić się wcześniej, ale jakoś nie mogłam się zabrać, by go dokończyć. Postaram się, aby następny był szybciej. Jestem zła na siebie i swoje lenistwo!
Dobra koniec.. Mam nadzieję, że się podobał.Za to, ze tak długo nie dodawałam, dałam wam w bonusie list. chciałam go napisać w przyszłym odcinku, ale chociaż tak waz udobrucham.
Jestem strasznie dumna z naszych chłopców i nagrody, którą zdobyli we Francji. Jestem również oburzona faktem, iż nasz <bynajmniej mój> kochany rudzielec został nominowany w kategorii "Najgorszy artysta", czy coś takiego. Nie pamiętam, jak dokładnie nazywała się tak kategoria, ale stwierdzam, że znajdę tego, który tak chujowo nominuje! Ugh! Ed Sheeran to najwspanialszy solowy wokalista jakiego kiedykolwiek słyszałam! Ale oczywiście PSY wygrało! W czterech słowach? BRAK. MI. KURWA. SŁÓW. Zdjęcia powyżej przedstawiają, moją dziwną wyobraźnię i to, jak JA wyobrażam sobie zdjęcia z pudełka Rosemary.
Rozdział dedykuję Oldze, która pisze fantastycznie! Też bym tak chciała.
Chciałabym też polecić wam bloga Ivy.. Ahh kocham go! KLIK